To, co Ginevrw robiła dla innych, było bezinteresowne. Pomagała, bo to lubiła, pomagała, bo ludziom, których znała i którymi się otaczała, nie potrafiła (i wcale nie chciała) odmówić. Liczyła się z tym, że nie każdy miał takie poczucie jak ona – że jest tu nie bez powodu, że ma jakąś misję do wypełnienia, a wszystko już jest zapisane w tych pięknych gwiazdach, które tak były rozsiane po niebie, tym piękniejszym, im głębiej szło się w pustynię. Tu jednak pustyni nie było, ale była ona i nic się nie zmieniło. Nawet jeśli Cathal nie był tak wspaniałomyślny i bezinteresowny jak ona – nie przeszkadzało jej to i akceptowała to takim, jakie było, ciesząc się, że nie odmówił i teraz wydawało się, że oboje z ciekawością obserwują pomnik, jakim były ruiny dworku.
- Musieli być kiedyś bardzo bogatą rodziną – nie spieszyła się z oględzinami dziedzińca i zniszczonych murów, ale to jedno było jasne: kiedyś byli bardzo bogaci, skoro mogli mieć więcej niż jedną siedzibę i skoro je wszystkie nazywało się "dworami Cape". Myśli Ginny automatycznie pobiegły do ducha dziewczynki – to musiał być duch, bo co innego? - Biedne dziecko – westchnęła. - W Egipcie jest trochę podobnie z rodami czystej krwi, ale nikt tak zazdrośnie na tę czystość nie patrzy. Bardziej liczą się zdolności i to, co można sobą zaoferować – nie to, że na to całkiem nie patrzono, bo inaczej takich czystej krwi rodów nie byłoby wcale, ale tu w Anglii chyba mieli jakieś kompleksy na tym punkcie i pomiędzy rodami co chwilę porównywano tylko długość przyrodzenia, a jak tylko zobaczono mugolak to dostawali jakiegoś ataku szału albo paniki. Jakby się bali, że taki mugolak coś in zabierze. Mugole to co innego, już to zauważyła, ale wyszkoleni czarodzieje często mieli zaskakujące podejście do świata.
- Wydaje mi się, że zaklęte kostki już dawno straciłyby swoją magię – stwierdziła po chwili w zamyśleniu. - Ale kto wie… Fiona też wydawała się być jakimś wyjątkiem od reguły – bo że ktoś tu przychodził i utrzymywał porządek z wyłożonym kostkami placykiem jakoś nie chciało jej się wierzyć. - Pytasz, a wiesz, że chcę – ten błysk w jej oczach mógł być teraz wszystkim.
Potem uniosła brwi w zdziwieniu, gdy Cathal zaczął opowiadać o jakiejś Marcie. Jazgocącej czy coś.
- Żartujesz? Wróciła do szkoły i tam mieszka? – McGonagall wcale nie pomyślała, że ta cała Marta zmarła w szkole, bo nie mieściło jej się to w głowie. Sądziła, że być może zachorowała śmiertelnie i zmarła, a potem jako duch powróciła do szkoły. To wydawało się być… logiczne. - Chciała być bliżej znajomych czy co… Jakaś niespełna rozumu chyba. W jaki sposób denerwuje uczniów? – im dalej w las, tym ta historia była coraz dziwniejsza.