W przeciwieństwie do życia Stanleya to jej było zdecydowanie dużo bardziej powolne. Nie działo się nic, co spowodowałoby zmianę. Sama zresztą tego nie chciała, dobrze jej było w tym ospałym trybie. Z racji na to, że powoli lato rozgaszczalo się już na dobre nieco więcej czasu spędzała poza domem. Był to odpowiedni czas, aby nacieszyć się pięknem rozkwitającej natury i inspirować się tym, żeby później móc stworzyć coś efektownego. Świat malował najpiękniejsze obrazy bez udziału pędzla. Nadal zachwycało to Stellę ogromnie.
List, który otrzymała od Stanleya ucieszył ją ogromnie, ostatnio nie mieli dla siebie tyle czasu co wcześniej, więc każde spotkanie traktowała jako coś wyjątkowego. Zastanawiała się, czy długo potrwa to jego zabieganie, chociaż nie miała żadnych pretensji - wiedziała, że jej życie bardzo różni się od tego zwyczajnych ludzi. Tryb jej pracy był specyficzny, tak to już jest z artystami. Tworzą, kiedy pojawia się wena, a pozostałym czasie, cóż, nie robiła nic konkretnego. Snuła się po swoim mieszkaniu bez mniejszego sensu, dużo grała, bo ważne było to, żeby ćwiczyć, nawet z jej wprawą musiała dbać o to, żeby nie stracić umiejętności. Przerwa od grania mogłaby spowodować nie daj Merlinie jakieś braki.
Miała cały dzień na to, aby przygotować się do tego spotkania. Zadbała więc o to, aby wyglądać idealnie. Kto wie, czy robiła to dla siebie, czy po to, aby Stanley przypadkiem nie zaczął się oglądać za innymi kobietami. Właściwie zawsze dbała o to, aby dobrze wyglądać, jeśli już wychodziła z domu, w końcu kojarzyło ją sporo osób i nie mogła sobie pozwolić na to, żeby ktoś zobaczył ją choć trochę niezadbaną. Bywały jednak takie okazje, kiedy stroiła się bardziej, dzisiaj był właśnie taki dzień. Szykowała się więc niemalże od rana, aby w okolicach godziny osiemnastej opuścić swoje mieszkanie ubrana w różową sukienkę, która sięgała jej gdzieś przed kolano, włosy związała wyjątkowo dla siebie, ale stwierdziła, że w sumie nie wygląda źle.
Zawsze wolała pojawiać się w miejscu spotkania wcześniej, nie znosiła się spóźniać, uważała, że to jest chyba jedna z najgorszych możliwych cech. Świadczyła o braku szacunku do drugiej osoby. Wolała poczekać chwilę, niżeli pojawić się zbyt późno. Dzisiaj było to całkiem przyjemne oczekiwanie, bo miejscem spotkania były różane ogrody, więc okolica zachwycała.
Pospacerowała chwilę po okolicy, jednak pięć minut przed dziewiętnastą pojawiła się w miejscu, w którym byli umówieni. Zastanawiała się, czy jej towarzysz pojawi się o czasie, chociaż zakładała, że pewnie tak, znał jej stosunek do spóźnialstwa. Wpatrywała się w parę z dzieckiem, która wyśmienicie się bawiła, ojciec opowiadał swej latorośli o różach, tyle udało jej się podsłuchać, także nie zauważyła momentu pojawienia się Stanleya. Dopiero głos, który usłyszała spowodował, że się odwróciła.
Przywitała go promiennym uśmiechem, wyglądała całkiem dobrze, jak na ostatni czas, nie miała tych okropnych sińców pod oczami, które powodowały problemy ze snem, może akurat tej nocy udało jej się zmrużyć oko, albo był to efekt idealnie nałożonego makijażu. Zaskoczyło ją to, jak wyglądał Stnaley, nie to, żeby normalnie nie wyglądał dobrze, tyle, że jednak był dzisiaj zdecydowanie dużo bardziej elegancki, może to przez to spotkanie, o którym wspominał w liście? - Zdecydowanie na kogoś czekałam, chociaż książę z bajki właśnie się pojawił więc to chyba nieaktualne. - Zbliżyła się o krok, uśmiech nie schodził jej z twarzy, bo naprawdę cieszyła się z tego, że dane im będzie spędzić razem trochę czasu.
- Czekanie w tym miejscu to sama przyjemność. - Nie zauważyła nawet tego drobnego spojrzenia, nie była dzisiaj w nastroju, aby czepiać się pierdół. Na widok bukietu uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wtedy też podeszła bliżej Borgina i nim wzięła od niego bukiet stanęła na palcach, aby musnąć ustami jego policzek na przywitanie. Dopiero wtedy przejęła kwiaty. - Spotkanie się udało? - Zapytała jeszcze, nie miała pojęcia, czego dotyczyło, ale ciekawa była, czy wszystko przebiegło po jego myśli.