05.01.2024, 17:55 ✶
To prawda. Keswick zdecydowanie odbiegało od domu Longbottomów. Przede wszystkim zamek był ogromny, tak ogromny, że jego domownicy mogli nie widywać się wzajemnie przez kilka dni, nie robiąc nic umyślnie. Panowała tu cisza, niemalże grobowa, a jak ktoś krzyczał, stukał albo robił inne dziwne odgłosy, to było to naprawdę niemalże niespotykanym wyjątkiem. Psy były wytresowany i gotowe na rozkazy, nie biegały jak te rozwydrzone gryzonie, a w kuchni harcowały skrzaty. Jedynie na specjalnie okazje był zatrudniany profesjonalny kucharz... Ale to takie najbardziej skrajne różnice.
Z reguły nie czekałem na spotkania, które nie dotyczyły wizyt rodzinnych, więc po prostu siedziałem po śniadaniu, elegancki, jak zwykle ubranych w schludnie skrojony garnitur, w swoim gabinecie, gdzie załatwiałem z reguły sprawy służbowe - zarówno listowne, jak i osobiste audiencje. Wychodziłem z założenia, że nikt nie się nie spóźniał na moje spotkania, co też wiedział mój niezwodny skrzat, więc kiedy nadeszła odpowiednia pora, zapisana schludnie w kalendarzu przez Winstona, Zgrzebek zaanonsował, a potem wpuścił pannę Longbottom do gabinetu.
Wstałem, skłaniając się delikatnie na powitanie. Bez przesady, ale z szacunkiem.
- Witam, panno Longbottom. Bardzo mi miło, gościć pannę w naszej rezydencji w Keswick... Proszę zająć miejsce, zapraszam - odparłem, a skrzat zaraz wskazał jej miejsce, zamierzając jej w razie potrzeby pomóc w zajęciu miejsca, aczkolwiek jej schludne odzienie raczej nie miało przysparzać jej problemów. O dziwo, nie była w służbowym mundurze, tylko... prywatnie.
Zasiadłem i odchrząknąłem subtelnie.
- Chciała, panna Longbottom, porozmawiać o wydarzeniach mających miejsce w New Forest... Zaskakujące, podwójnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że przybyła tu pani prywatnie, nie zaś służbowo - pragnąłem zauważyć, patrząc na jej osobę. Nie tylko na jej ubiór, ale również fryzurę, a przede wszystkim zachowanie, mimikę twarzy. Ród Longbottomów był, cóż, dla mnie odległym punktem w preferowanych kontaktach, tak odległym, że te spotkania ograniczały się jedynie do hucznych imprez światka czarodziejskiego, a wtedy, cóż, raczej nie zwykłem zaprzątać sobie głowy longbottomskim narybkiem, więc był mi on całkowicie obcym. Nieco dopytałem współpracownika oraz brata o Brennę Longbottom, ale nie był to jakiś obszerny obraz jej osoby.
A sytuacje z New Forest, zarówno Laurent, jak i Vincent informowali mnie o incydentach, aczkolwiek Brenna Longbottom nie miała z nimi żadnych rodzinnych powiązań, więc była, krótko mówiąc, od nich niezależnym źródłem informacji. Mogłem nie tylko ich sprawdzić, czy nie ustalają przeciwko mnie wspólnych wersji zdarzeń, ale również zweryfikować, na ile te informacje były kompletne. Albo - czy Brenna Longbottom nie przyszła mnie szantażować czymkolwiek albo mącić mi w głowie, choć znając ich kodeks honorowy... To właściwie spodziewałem się po niej czegoś banalnego w stylu - to mój obywatelski obowiązek, żeby pana poinformować, jaki podły jest świat.
Z reguły nie czekałem na spotkania, które nie dotyczyły wizyt rodzinnych, więc po prostu siedziałem po śniadaniu, elegancki, jak zwykle ubranych w schludnie skrojony garnitur, w swoim gabinecie, gdzie załatwiałem z reguły sprawy służbowe - zarówno listowne, jak i osobiste audiencje. Wychodziłem z założenia, że nikt nie się nie spóźniał na moje spotkania, co też wiedział mój niezwodny skrzat, więc kiedy nadeszła odpowiednia pora, zapisana schludnie w kalendarzu przez Winstona, Zgrzebek zaanonsował, a potem wpuścił pannę Longbottom do gabinetu.
Wstałem, skłaniając się delikatnie na powitanie. Bez przesady, ale z szacunkiem.
- Witam, panno Longbottom. Bardzo mi miło, gościć pannę w naszej rezydencji w Keswick... Proszę zająć miejsce, zapraszam - odparłem, a skrzat zaraz wskazał jej miejsce, zamierzając jej w razie potrzeby pomóc w zajęciu miejsca, aczkolwiek jej schludne odzienie raczej nie miało przysparzać jej problemów. O dziwo, nie była w służbowym mundurze, tylko... prywatnie.
Zasiadłem i odchrząknąłem subtelnie.
- Chciała, panna Longbottom, porozmawiać o wydarzeniach mających miejsce w New Forest... Zaskakujące, podwójnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że przybyła tu pani prywatnie, nie zaś służbowo - pragnąłem zauważyć, patrząc na jej osobę. Nie tylko na jej ubiór, ale również fryzurę, a przede wszystkim zachowanie, mimikę twarzy. Ród Longbottomów był, cóż, dla mnie odległym punktem w preferowanych kontaktach, tak odległym, że te spotkania ograniczały się jedynie do hucznych imprez światka czarodziejskiego, a wtedy, cóż, raczej nie zwykłem zaprzątać sobie głowy longbottomskim narybkiem, więc był mi on całkowicie obcym. Nieco dopytałem współpracownika oraz brata o Brennę Longbottom, ale nie był to jakiś obszerny obraz jej osoby.
A sytuacje z New Forest, zarówno Laurent, jak i Vincent informowali mnie o incydentach, aczkolwiek Brenna Longbottom nie miała z nimi żadnych rodzinnych powiązań, więc była, krótko mówiąc, od nich niezależnym źródłem informacji. Mogłem nie tylko ich sprawdzić, czy nie ustalają przeciwko mnie wspólnych wersji zdarzeń, ale również zweryfikować, na ile te informacje były kompletne. Albo - czy Brenna Longbottom nie przyszła mnie szantażować czymkolwiek albo mącić mi w głowie, choć znając ich kodeks honorowy... To właściwie spodziewałem się po niej czegoś banalnego w stylu - to mój obywatelski obowiązek, żeby pana poinformować, jaki podły jest świat.