Zachichotał cicho na odpowiedź Heather. Cóż, nie mógł się z nią spierać. Lwia część zebranych tu gości zapewne zamierzała pokazać się z jak najlepszej strony, nie dać się upodlić i dać wyraźny sygnał, jak wygląda zabawa z klasą i na odpowiednim poziomie. Och, jak dobrze, że nie należeli do ich grona. Przynajmniej nie bezpośrednio. W swoim towarzystwie zdecydowanie spędzą tę noc o wiele bardziej efektywnie i efekciarsko.
— Oj, tak. Macie niewyobrażalne szczęście. Gdyby nie moja chirurgiczna precyzja mogłoby już was nie być na tym świecie. — Zafalował figlarnie brwiami. Chociaż zazwyczaj był dosyć niezdarny i praktycznie wszystko leciało mu z rąk, tak przy leczeniu starał się zachować, chociaż ułudę spokoju, zmuszając ciało do tego, aby w pełni poddało się jego kontroli. — Chociaż macie też inne atuty. I to takie, o których cholernie ciężko zapomnieć. Może to przez was mam takie problemy ze snem.
Przesunął delikatnie wierzchem dłoni wzdłuż ramienia Heather, zaczynając tuż przy łokciu, a kończąc w okolicy barku. Gest ten w jego wykonaniu mógł z pozoru wydawać się beztroski, jednak w gruncie rzeczy był starannie zaplanowany. A przynajmniej tak by próbował wszystkim wmówić Cameron. Prawda była taka, że jego odruchy niezbyt często przechodziły przez filtr racjonalnego myślenia i zazwyczaj po prostu pozwalał poddać się fali. Tak jak w tej chwili, gdy znaleźli sobie lepszą rozrywkę od tej, która miała miejsce na scenie tuż obok.
— Nie mam bladego pojęcia. Pamiętam, że chciałem sam je sobie doszyć, ale potem pamiętam tylko wodę. — Rozchylił lekko usta, jak gdyby próbował ująć w słowa jakąś myśl, która krążyła na granicy jego świadomości. Czyżby w pewnym momencie po prostu urwał mu się film? — W sumie do diabła z tym. Skoro jakimś sposobem dalej je mam, to nie będę narzekać. Równie dobrze możemy uznać, że to lecznicze właściwości nocy u Ciebie.
Uśmiechnął się do siebie, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart pod słońcem. Nie był szczególnie pruderyjny, ale miał też świadomość, że nie byli sami na sali. Wręcz przeciwnie; gdzie by nie spojrzeć, tam czaiła się albo ciekawska czarownica strzelająca oczami we wszystkich kierunkach, albo znajoma twarz. Nie chciał wywoływać zamieszania, zwłaszcza że znaleźli sobie miejsce w pierwszym rzędzie. Poza tym wolałby, żeby nikt mu potem nie prawił kazań. Eh, gdyby poszli na tyły, pewnie mieliby więcej prywatności.
— Jak chcesz, żebyśmy gdzieś z Tobą poszli, to wystarczy spytać — skomentował cicho, wzdychając z niemocą. Zacisnął usta w cienką linię, udając, że słowa Rudej bardzo go uraziły. — Wiem, że ostatnio wyskoczyliśmy grupowo tylko na kebsa i rybę z frytkami, ale nie musisz od razu szukać sobie nowego kumpla. Naprawdę chcesz mieć na głowie bandę zazdrośników?
Może przesadzał z tą „bandą”, ale był niemalże pewny, że gdyby naprawdę mu na tym zależało, to przekonałby Charliego do tego, że powinni się niebywale oburzyć, gdyby Heather postanowiła sobie z kimś pójść na kolację, a ich zostawić w domowym zaciszu. Bądź co bądź, dosyć mocno na niej polegali w kwestii posiłków i wspólnych wieczorów. Takie nagłe odstawienie ich na bok, jak niechcianą zabawkę, mogłoby wywołać u nich niemałą traumę.
Uśmiechnął się kwaśno, słysząc słowa, które padły z ust przyjaciółki. Nagle wpadł na dosyć dziki pomysł. Och, chyba nie powinien wlewać w siebie tyle tego szampana. Oby tego nie pożałował.
— Nie no jasne... Ja zwlekam... — Pokręcił wymownie głową, widząc, że Heather postanowiła odegrać mały teatrzyk. Wbił zmęczony wzrok w dziennikarkę. — Wiesz, że odrzuciła już dwa pierścionki z rzędu? Przy pierwszym stwierdziła, że wygląda jak cukierek z Miodowego Królestwa, a przy drugim, że wolałaby taki z różowego złota zamiast białego. Ciężko nadążyć za tym rudzielcem, więc czekam na odpowiedni czas. W końcu do trzech razy sztuka, co nie?
Westchnął cicho, jakby codzienne życie z taką niezdecydowaną księżniczką było pełne trudów, stresów i wyrzeczeń. Jednocześnie jednak ścisnął mocniej dłoń Rudej. Trochę go wytrąciło z równowagi to, że podeszła do nich prasa, ale postanowił pójść pannie Wood na rękę. Skoro zależało jej na atencji, nie mógł też tylko kiwać głową i udawać, że znalazł się tutaj całkowitym przypadkiem.