05.01.2024, 20:44 ✶
Czy wszyscy o tym wiedzieli - to nie było dyskusyjną sprawą, jeśli chodzi o większe rody. Plotki roznosiły się lotem błyskawicy: lub szybciej. Rody czystej krwi, szczególnie te mające konkretnie ugruntowane poglądy na temat działań Czarnego Pana i samej koncepcji czystej krwi, naturalnie wiedziały co się stało u Longbottomów, lecz kogo tak naprawdę obchodziło, co zdrajcy krwi teraz przeżywają? Że cierpią, płaczą, grzebią bliską osobę? Wielu potrafiło z pogardą wyrażać się zarówno o pojedynczych członkach tej rodziny, jak i o całym rodzie, nawet nie mając z nimi absolutnie żadnej styczności. Pluli jadem po kątach, milkli gdy przechodził obok nich którychś z Longbottomów, posyłali nieprzychylne spojrzenia lecz tylko w stronę pleców, by przypadkiem nikt tego nie zauważył. Były to jednostki jednak odosobnione - bo były i jednostki, które mimo rodowodu, reagowały na nich sympatią, a w chwilach takich jak ta - nawet współczuciem. Ale i były osoby, które po prostu milczały, wyrzucały takie informacje z głowy niczym śmieci z kosza. Do tej ostatniej kategorii należał Rodolphus. Oczywistym było, że odnotował fakt czerni u Morpheusa, którego zwykłe odzienie diametralnie różniło się od tego, które miał na sobie tej chwili. Lecz czy jego umysł był w stanie połączyć czerń z żałobą, brak koloru ze śmiercią? Czy po prostu odnotował fakt, odhaczył coś na swojej liście i przeszedł z tym do porządku dziennego, nie zastanawiając się w żaden sposób nad symboliką? Również nie bawił się we wdychanie zapachu Morpheusa. Nie miał w zwyczaju obwąchiwać swoich współpracowników - trzymał dystans nie tylko na poziomie psychicznym, ale i fizycznym. Nie podawał ręki na powitanie, miast tego wykonując oszczędne kiwnięcia głową. Nie zauważył tej zmiany, delikatnej nuty ziemi i przemijającego czasu. Sam zresztą od małego otoczony był śmiercią, ostatnio bardziej niż zwykle. Ta woń wsiąkła w jego skórę, wdarła się do mózgu na zawsze i być może gdyby zbliżył się do mężczyzny, skojarzyłby błyskawicznie te subtelne tony. Ale nie zbliżał się.
Lestrange kiwnął głową na znak, że da mu tyle czasu, ile ten potrzebuje. Odwrócił się bokiem do towarzysza, omiatając spokojnym wzrokiem otoczenie. Mieścina niewielka, urokliwa... Dachy targane wiatrem były lekko podniszczone, na uliczkach znajdował się stary bruk. Bluszcz wił się po ścianach starszych budynków, w wielu wciąż znajdowały się okiennice zamiast porządnych, nowoczesnych rozwiązań. Zapewne idąc uliczkami tego miasteczka można było odczuć, że czas po prostu się zatrzymał jakieś pół wieku temu i nie miał zamiaru ruszyć. Rodolphus odniósł dziwne wrażenie, że być może to było clue, powodem dla którego ktoś wybrał właśnie to miejsce. Czy była tu jakakolwiek forma nowoczesnej ochrony, która stała na straży porządku? Jak daleko było do kolejnego miasta? Czy ktokolwiek odnotował zaginięcia, czy może nie uderzała tutaj, a gdzie indziej? On sam by wybrał inne miejsce, inne cele. Inaczej by to zaplanował.
Głowa Rolpha odwróciła się w stronę Morpheusa. Mężczyzna zmarszczył lekko brwi, widząc zmianę w wyglądzie i postrzeganiu Niewymownego. Zdawał się przekroczyć tajemniczą zasłonę Komnaty Śmierci, przejść na drugą stronę lecz tylko jedną nogą. Wahadełko zaczęło się poruszać, a Lestrange odwrócił głowę. Nie chciał być tego świadkiem, nie chciał wkładać więcej wysiłku w panowanie nad mimiką, by Morpheus nie wyczytał, co o tym sądzi.
- Chodź - rzucił tylko krótko, czekając jednak aż towarzysz schowa swoją zabawkę. Ruszył w kierunku, który wskazywał Morpheus. Najprościej byłoby przejść przez sam środek miasta, lecz Rodolphus wybrał okrężną drogę, chcąc uniknąć ciekawskich spojrzeń. Im mniej świadków, tym lepiej zarówno dla nich, jak i całego Ministerstwa. Irlandia rządziła się innymi prawami - wszystko tu było inaczej, począwszy od pogody, a na czarodziejach tu mieszkających kończąc. Mieli nawet zupełnie inny sposób wymowy tych samych słów, inaczej nazywali te same przedmioty. Lestrange tego nie rozumiał, denerwowało go to. Nie chciał zostawać w tej części kraju dłużej niż to było konieczne.
Pogoda niezbyt sprzyjała pieszym wędrówkom, dzięki czemu uniknęli nieprzyjemnych (bądź wręcz przeciwnie) spotkań po drodze, mimo że szli wydeptaną przez lokalsów ścieżką. Pięli się w górę, okrążając miasto. W oddali widzieli wyłaniający się las, najpewniej znajdujący się w niewielkiej dolinie. Jako pierwsze ukazały im się szczyty drzew, iglaste pomieszane z liściastymi. Dopiero potem coraz grubsze gałęzie, aż w końcu pnie różnej grubości. Widzieli chatę. To ją Morpheus widział w wizji. Stała tuż na skraju, zablokowana z jednej strony zboczem niedaleko, a z drugiej: lasem. Wyglądała trochę jak z baśni. Na odludziu, z dachem pokrytym zielonym mchem. Z okiennicami, które zostały przytwierdzone krzywo do framugi. Z dębowymi drzwiami, noszącymi ślady wielu nawałnic, nadszarpniętymi zębem czasu, słonym powietrzem i lodowatym wiatrem. Wydawała się stara, opuszczona. Złowrogo wyrastała z gruntu, ale jednocześnie kusiła obietnicą, tajemnicą. Wokół jednak nie panowała cisza - wszystko zdawało się być normalne. Ptaki dokazywały w lesie, urządzając treli koncert, gdzieś z boku w wysokiej trawie mignęło szare futro zająca. Wszystko tu było do bólu normalne. Ale Morpheus czuł coś jeszcze. Włoski na karku stanęły mu dęba, wysyłając do mózgu sygnał ostrzegawczy. Śmierć wisiała nad tym domem, otaczała go z każdej strony, pokrywając niewidzialnym, ciężkim całunem. Nie miał żadnych wątpliwości, że dotarli na miejsce.
Lestrange kiwnął głową na znak, że da mu tyle czasu, ile ten potrzebuje. Odwrócił się bokiem do towarzysza, omiatając spokojnym wzrokiem otoczenie. Mieścina niewielka, urokliwa... Dachy targane wiatrem były lekko podniszczone, na uliczkach znajdował się stary bruk. Bluszcz wił się po ścianach starszych budynków, w wielu wciąż znajdowały się okiennice zamiast porządnych, nowoczesnych rozwiązań. Zapewne idąc uliczkami tego miasteczka można było odczuć, że czas po prostu się zatrzymał jakieś pół wieku temu i nie miał zamiaru ruszyć. Rodolphus odniósł dziwne wrażenie, że być może to było clue, powodem dla którego ktoś wybrał właśnie to miejsce. Czy była tu jakakolwiek forma nowoczesnej ochrony, która stała na straży porządku? Jak daleko było do kolejnego miasta? Czy ktokolwiek odnotował zaginięcia, czy może nie uderzała tutaj, a gdzie indziej? On sam by wybrał inne miejsce, inne cele. Inaczej by to zaplanował.
Głowa Rolpha odwróciła się w stronę Morpheusa. Mężczyzna zmarszczył lekko brwi, widząc zmianę w wyglądzie i postrzeganiu Niewymownego. Zdawał się przekroczyć tajemniczą zasłonę Komnaty Śmierci, przejść na drugą stronę lecz tylko jedną nogą. Wahadełko zaczęło się poruszać, a Lestrange odwrócił głowę. Nie chciał być tego świadkiem, nie chciał wkładać więcej wysiłku w panowanie nad mimiką, by Morpheus nie wyczytał, co o tym sądzi.
- Chodź - rzucił tylko krótko, czekając jednak aż towarzysz schowa swoją zabawkę. Ruszył w kierunku, który wskazywał Morpheus. Najprościej byłoby przejść przez sam środek miasta, lecz Rodolphus wybrał okrężną drogę, chcąc uniknąć ciekawskich spojrzeń. Im mniej świadków, tym lepiej zarówno dla nich, jak i całego Ministerstwa. Irlandia rządziła się innymi prawami - wszystko tu było inaczej, począwszy od pogody, a na czarodziejach tu mieszkających kończąc. Mieli nawet zupełnie inny sposób wymowy tych samych słów, inaczej nazywali te same przedmioty. Lestrange tego nie rozumiał, denerwowało go to. Nie chciał zostawać w tej części kraju dłużej niż to było konieczne.
Pogoda niezbyt sprzyjała pieszym wędrówkom, dzięki czemu uniknęli nieprzyjemnych (bądź wręcz przeciwnie) spotkań po drodze, mimo że szli wydeptaną przez lokalsów ścieżką. Pięli się w górę, okrążając miasto. W oddali widzieli wyłaniający się las, najpewniej znajdujący się w niewielkiej dolinie. Jako pierwsze ukazały im się szczyty drzew, iglaste pomieszane z liściastymi. Dopiero potem coraz grubsze gałęzie, aż w końcu pnie różnej grubości. Widzieli chatę. To ją Morpheus widział w wizji. Stała tuż na skraju, zablokowana z jednej strony zboczem niedaleko, a z drugiej: lasem. Wyglądała trochę jak z baśni. Na odludziu, z dachem pokrytym zielonym mchem. Z okiennicami, które zostały przytwierdzone krzywo do framugi. Z dębowymi drzwiami, noszącymi ślady wielu nawałnic, nadszarpniętymi zębem czasu, słonym powietrzem i lodowatym wiatrem. Wydawała się stara, opuszczona. Złowrogo wyrastała z gruntu, ale jednocześnie kusiła obietnicą, tajemnicą. Wokół jednak nie panowała cisza - wszystko zdawało się być normalne. Ptaki dokazywały w lesie, urządzając treli koncert, gdzieś z boku w wysokiej trawie mignęło szare futro zająca. Wszystko tu było do bólu normalne. Ale Morpheus czuł coś jeszcze. Włoski na karku stanęły mu dęba, wysyłając do mózgu sygnał ostrzegawczy. Śmierć wisiała nad tym domem, otaczała go z każdej strony, pokrywając niewidzialnym, ciężkim całunem. Nie miał żadnych wątpliwości, że dotarli na miejsce.