05.01.2024, 21:47 ✶
Kiedy Macmillan wróciła na tereny będące częścią obchodów Lithy, uderzyła w nią pustka. W pierwszej chwili odrobinę się zlękła, bo przecież jeszcze dobre dwie (a może trzy?) godziny temu czarodzieje gromadzili się tu dosyć tłumnie, ale później dotarło do niej, że niewiele mieli tu już do roboty - spotkanie dla zaproszonych, zaufanych - a wszyscy zaufani prowadzili tu wcześniej atrakcje. Stragany pewnie zamknięto, ale nie widziała tego, bo podchodziła do Kręgu od strony lasu. Sama, bez Leviathana, ale w dobrym nastroju i z pierścionkiem na palcu.
- Cześć! - Zwróciła się do tych kapłanek, których nie miała okazji dzisiaj przywitać. Jedne powitała słowem, inne gestem skinienia głowy i delikatnym uśmiechem. Nie śmiała zaburzać rytmu, w jakim jej kuzynki przemykały pomiędzy zebranymi, dopóki...
Owca...
I nagle od niej dotarło, dlaczego wszyscy się tutaj zebrali. Dała założyć sobie na głowę wianek, ale panika znalazła już przestrzeń do tańca na czerwonej od wypitego alkoholu skórze. Niby miał być zaklęty, niby miał jej dopomóc (i nie przeczyła sile ich mocy, po prostu... uh) przezwyciężyć lęk ogarniający ciało, ale idealnie się nie czuła. Wokół w większości same znajome twarze, a ona była tu obca, tak bardzo obca! I ta obcość ją przygniotła - nie zdążyła przywiązać się do Leviathana, ale wiele zrobiłaby za to, żeby móc znowu chwycić go za rękę i przypomnieć sobie, że wciąż stała nogami na ziemi, a nie wzniosła się gdzieś wysoko, podążając ciałem za rozbieganymi myślami.
W takim właśnie stanie, w głębokim dyskomforcie, dostrzegła ją Lorraine.
- Cz-cześć wam - przywitała się z nią i... jakąś Azjatką (?), zaciskając palce na bladej dłoni wiły, drugą podnosząc do swoich ust, żeby przykryć je na kilka sekund. - Właściwie to jest dokładnie to, co się z nami stało, ale... Lola, czy Isobell zalosiła mnie na lytuał, w któlym zginie owca...? - Nie miała w sobie siły na głębokie protesty, bo to nie byłby pierwszy raz kiedy ktoś z jej rodziny ucieka się do podobnych praktyk, ale dlaczego na jej oczach? Zaczynało robić jej się niedobrze.
- Cześć! - Zwróciła się do tych kapłanek, których nie miała okazji dzisiaj przywitać. Jedne powitała słowem, inne gestem skinienia głowy i delikatnym uśmiechem. Nie śmiała zaburzać rytmu, w jakim jej kuzynki przemykały pomiędzy zebranymi, dopóki...
Owca...
I nagle od niej dotarło, dlaczego wszyscy się tutaj zebrali. Dała założyć sobie na głowę wianek, ale panika znalazła już przestrzeń do tańca na czerwonej od wypitego alkoholu skórze. Niby miał być zaklęty, niby miał jej dopomóc (i nie przeczyła sile ich mocy, po prostu... uh) przezwyciężyć lęk ogarniający ciało, ale idealnie się nie czuła. Wokół w większości same znajome twarze, a ona była tu obca, tak bardzo obca! I ta obcość ją przygniotła - nie zdążyła przywiązać się do Leviathana, ale wiele zrobiłaby za to, żeby móc znowu chwycić go za rękę i przypomnieć sobie, że wciąż stała nogami na ziemi, a nie wzniosła się gdzieś wysoko, podążając ciałem za rozbieganymi myślami.
W takim właśnie stanie, w głębokim dyskomforcie, dostrzegła ją Lorraine.
- Cz-cześć wam - przywitała się z nią i... jakąś Azjatką (?), zaciskając palce na bladej dłoni wiły, drugą podnosząc do swoich ust, żeby przykryć je na kilka sekund. - Właściwie to jest dokładnie to, co się z nami stało, ale... Lola, czy Isobell zalosiła mnie na lytuał, w któlym zginie owca...? - Nie miała w sobie siły na głębokie protesty, bo to nie byłby pierwszy raz kiedy ktoś z jej rodziny ucieka się do podobnych praktyk, ale dlaczego na jej oczach? Zaczynało robić jej się niedobrze.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.