06.01.2024, 00:17 ✶
Spokój i harmonia zagościły w myślach Patricka, gdy nałożył na głowę wianek z lawendy. Przystanął z boku i – zwyczajnie – obserwował bawiących się na święcie ludzi. Patrzył na ich twarze (na malujące się na nich różnorakie emocje); na poruszające się sylwetki; na pracujące mięśnie gdy się poruszali; na powykrzywiane cienie rzucane przez płonące ognisko; na kwiaty pobłyskujące w wiankach, znowu na płomienie. Aż zaświerzbiło go, by zacząć przelewać to, co widział na kartki notatnika. W głowie nie rysowały mu się żadne szczególne problemy a jednak, jakoś tak odruchowo, odszedł na bok, oparł się plecami o jedno z drzew i zaczął pośpiesznie szkicować. Nie zastanawiał się nad tym, co chciał przedstawić lub uchwycić.
Z boku pewnie wyglądał dość osobliwie (pozbawiony towarzystwa mężczyzna w wianku z lawendy na głowie i ze szkicownikiem w ręku), ale nieszczególnie się w tym momencie tym przejmował. To było święto. Ludzie tutaj wyglądali różnie, różnie spędzali czas i różnie się zachowywali a on na ich tle prezentował się najwyżej jak dziwak, ale nieszkodliwy, może nawet zlewający się z tłem. Spod jego ołówka powstawały kontury, zarysy ludzkich sylwetek tańczące wokół słupa ognia, w większości zamazane, bezimienne - choć wśród nich była też sylwetka kobiety o oczach i włosach podobnych do nieudolnej złodziejki, którą dzisiaj spotkał. Kciukiem rozmazał kontur jej ust, by podkreślić ruch postaci. Z boku rysunku wyrósł kram, kolejne ognisko, inna kobieca twarz z wiankiem we włosach. Ta już zupełnie znajoma, narysowana machinalnie, bez większego zastanowienia. Zamazana. Poprawiona. Znowu zamazana. Już nieistniejąca. Istniejąca. Nie.
Patrick zamknął z trzaskiem notatnik. Schował go do kieszeni spodni, a potem oddalił się, by opuścić Lithę.
Z boku pewnie wyglądał dość osobliwie (pozbawiony towarzystwa mężczyzna w wianku z lawendy na głowie i ze szkicownikiem w ręku), ale nieszczególnie się w tym momencie tym przejmował. To było święto. Ludzie tutaj wyglądali różnie, różnie spędzali czas i różnie się zachowywali a on na ich tle prezentował się najwyżej jak dziwak, ale nieszkodliwy, może nawet zlewający się z tłem. Spod jego ołówka powstawały kontury, zarysy ludzkich sylwetek tańczące wokół słupa ognia, w większości zamazane, bezimienne - choć wśród nich była też sylwetka kobiety o oczach i włosach podobnych do nieudolnej złodziejki, którą dzisiaj spotkał. Kciukiem rozmazał kontur jej ust, by podkreślić ruch postaci. Z boku rysunku wyrósł kram, kolejne ognisko, inna kobieca twarz z wiankiem we włosach. Ta już zupełnie znajoma, narysowana machinalnie, bez większego zastanowienia. Zamazana. Poprawiona. Znowu zamazana. Już nieistniejąca. Istniejąca. Nie.
Patrick zamknął z trzaskiem notatnik. Schował go do kieszeni spodni, a potem oddalił się, by opuścić Lithę.
Postać opuszcza sesję