06.01.2024, 13:16 ✶
Było ich dwie - Camille również nie lubiła być stawiana w takich sytuacjach. Pech chciał, niestety, że mimo prawie czterdziestki na karku, Delacour wciąż tkwiła pod butem swoich rodziców. Matki głównie, chociaż jej ojciec również potrafił dolać oliwy do ognia: zwykle w sytuacjach, w których kompletnie by się tego nie spodziewała. Lecz powodem, dla którego blondynka zmierzała teraz w stronę kawiarni, była matka. Jej matka, która zmusiła ją do udzielenia pomocy synowi swojej dobrej znajomej. Co z ciebie za pożytek, jeżeli nie poradzisz sobie z tak prostą klątwą w kilka minut? Innym w szpitalu pomagasz codziennie, to dlaczego nie pomożesz temu uroczemu chłopcu, synowi mojej drogiej przyjaciółki? Po co wydawaliśmy tyle pieniędzy na twoje wykształcenie? Delacour prychnęła na samo wspomnienie wyjca, którego dostała kilkanaście dni temu. Bo pani matka nie mogła wysłać normalnego listu, o nie. Wiedziała, że jej głos, spotęgowany magicznie, przyniesie dokładnie taki efekt, jaki chciała. Stłamsi ją, zmusi do podjęcia rękawicy i wysłania Traversowi wiadomości. Do złożenia obietnicy.
Nie zamierzała jednak się tłumaczyć przed Margaret. Do rozmowy z nią zamierzała użyć innych metod. Pieniądze były jednym z lepszych sposobów, ale... Obietnica stałej współpracy, kontrakty, znajomości czy nawet przysługi: to znaczyło więcej niż galeony. Miały większą wartość i prawie nigdy tej wartości nie traciły. Blondynka przeniosła niebieskie spojrzenie na zegarek, zapięty na jej lewym nadgarstku. Była dwie minuty przed czasem. Camille nienawidziła się spóźniać - spóźnienie traktowała jak brak szacunku do drugiej osoby. Szkoda, że nie każdy podzielał jej zdanie, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że świat nie był idealny, podobnie jak ludzie wokół. Sama nie lubiła, gdy marnowało się jej czas, dlatego też nigdy nie marnowała czasu innych. Z cichym westchnięciem pchnęła drzwi kawiarni i wsunęła się do środka. W kawiarni nie było zbyt wiele osób - kilka par i jedna kobieta, siedząca samotnie przy stoliku. To musiała być Margaret, opis pasował do tego z listu.
- Dzień dobry - Camille przysunęła się do kobiety, posyłając jej lekko spięty, ale zdecydowanie ciepły uśmiech. Jeśli Mulciberówna obawiała się, że i tym razem trafi się jej typ spod ciemnej gwiazdy, ktoś nieuprzejmy, chamski - mogła odetchnąć. Delacour była niska i drobna, co w połączeniu z klasyczną urodą oraz uśmiechem dawało obraz osoby raczej uprzejmej niż wyniosłej i niesympatycznej. Nie przyszła również ubrana w garsonkę, co zdradzało, że raczej nie była z tych sztywnych osób, które każde spotkanie biznesowe traktowały jako okazję do stłamszenia rozmówcy, pokazując swą wyższość przy pomocy ubrań szytych na miarę, kosztujących majątek. Odziana była w proste, materiałowe spodnie w jasnym odcieniu beżu i błękitną bluzkę z rozszerzanymi rękawami 3/4. Na ramieniu miała torebkę, skórzaną, brązową i niewielkich rozmiarów. Zaraz też zawiesiła ją na oparciu krzesła, które sama zajęła, uprzednio wyciągając w stronę kobiety rękę. Nie wyglądało na to, by miała traktować ją z góry tylko dlatego, że jej płaciła. - Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną spotkać i przepraszam, że musiałaś czekać.
Zaczęła, milknąc jednak gdy kelnerka po raz kolejny podeszła do stolika.
- Białą kawę poproszę. Ja stawiam, to będzie chociaż część rekompensaty za tak niespodziewaną, nagłą prośbę - nie lubiła rozmawiać z kimkolwiek bez możliwości zebrania myśli, a picie czegokolwiek pozwalało na robienie niewymuszonych, naturalnych pauz, pozwalających się skupić podczas rozmowy. A na picie wina było zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie wymagała również, by Margaret za siebie płaciła. Zachęciła ją do złożenia zamówienia, cierpliwie czekając, aż ta się zastanowi, chociaż grunt uciekał spod jej stóp, a czas płynął nieubłaganie. Im dłużej rozmawiały, tym większa szansa, że znowu będzie musiała przełożyć spotkanie z Theonem - a kto wie, jak to by się skończyło? Facet był porywczy i chociaż nie podejrzewałaby go o agresję, to wolała nie drażnić go bez potrzeby. Zwłaszcza że mu obiecała, a ona obietnice traktowała nad wyraz poważnie.
Nie zamierzała jednak się tłumaczyć przed Margaret. Do rozmowy z nią zamierzała użyć innych metod. Pieniądze były jednym z lepszych sposobów, ale... Obietnica stałej współpracy, kontrakty, znajomości czy nawet przysługi: to znaczyło więcej niż galeony. Miały większą wartość i prawie nigdy tej wartości nie traciły. Blondynka przeniosła niebieskie spojrzenie na zegarek, zapięty na jej lewym nadgarstku. Była dwie minuty przed czasem. Camille nienawidziła się spóźniać - spóźnienie traktowała jak brak szacunku do drugiej osoby. Szkoda, że nie każdy podzielał jej zdanie, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że świat nie był idealny, podobnie jak ludzie wokół. Sama nie lubiła, gdy marnowało się jej czas, dlatego też nigdy nie marnowała czasu innych. Z cichym westchnięciem pchnęła drzwi kawiarni i wsunęła się do środka. W kawiarni nie było zbyt wiele osób - kilka par i jedna kobieta, siedząca samotnie przy stoliku. To musiała być Margaret, opis pasował do tego z listu.
- Dzień dobry - Camille przysunęła się do kobiety, posyłając jej lekko spięty, ale zdecydowanie ciepły uśmiech. Jeśli Mulciberówna obawiała się, że i tym razem trafi się jej typ spod ciemnej gwiazdy, ktoś nieuprzejmy, chamski - mogła odetchnąć. Delacour była niska i drobna, co w połączeniu z klasyczną urodą oraz uśmiechem dawało obraz osoby raczej uprzejmej niż wyniosłej i niesympatycznej. Nie przyszła również ubrana w garsonkę, co zdradzało, że raczej nie była z tych sztywnych osób, które każde spotkanie biznesowe traktowały jako okazję do stłamszenia rozmówcy, pokazując swą wyższość przy pomocy ubrań szytych na miarę, kosztujących majątek. Odziana była w proste, materiałowe spodnie w jasnym odcieniu beżu i błękitną bluzkę z rozszerzanymi rękawami 3/4. Na ramieniu miała torebkę, skórzaną, brązową i niewielkich rozmiarów. Zaraz też zawiesiła ją na oparciu krzesła, które sama zajęła, uprzednio wyciągając w stronę kobiety rękę. Nie wyglądało na to, by miała traktować ją z góry tylko dlatego, że jej płaciła. - Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną spotkać i przepraszam, że musiałaś czekać.
Zaczęła, milknąc jednak gdy kelnerka po raz kolejny podeszła do stolika.
- Białą kawę poproszę. Ja stawiam, to będzie chociaż część rekompensaty za tak niespodziewaną, nagłą prośbę - nie lubiła rozmawiać z kimkolwiek bez możliwości zebrania myśli, a picie czegokolwiek pozwalało na robienie niewymuszonych, naturalnych pauz, pozwalających się skupić podczas rozmowy. A na picie wina było zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie wymagała również, by Margaret za siebie płaciła. Zachęciła ją do złożenia zamówienia, cierpliwie czekając, aż ta się zastanowi, chociaż grunt uciekał spod jej stóp, a czas płynął nieubłaganie. Im dłużej rozmawiały, tym większa szansa, że znowu będzie musiała przełożyć spotkanie z Theonem - a kto wie, jak to by się skończyło? Facet był porywczy i chociaż nie podejrzewałaby go o agresję, to wolała nie drażnić go bez potrzeby. Zwłaszcza że mu obiecała, a ona obietnice traktowała nad wyraz poważnie.