06.01.2024, 20:14 ✶
W zasadzie nie musiała nic dodawać, bo to nasuwało się samo przez się. Camille sięgnęła do meandrów wspomnień, ciężkich do spamiętania nici powinowactw i więzów rodzinnych, by postarać się wysupłać informacje o Chesterze. Ale było ich mało. Za mało. W zasadzie to nic. Nie miała nazwiska, tylko imię i pracę. Nie był czystokrwisty? Nie wyglądał. Może po prostu miała nieaktualne informacje? Zbyt mało przykładała się do nauki, gdy rodzicielka tłumaczyła jej wszystkie skomplikowane związki rodzin czystokrwistych. Wtedy, jeszcze we Francji, uważała że jest jej to niepotrzebne, że nie ma sensu skupiać się na londyńskiej arystokracji. Dopiero gdy podjęła decyzję, by zamieszkać tu na stałe zrozumiała jak duży to był błąd. Nie był co prawda nie do nieprawienia, lecz... Zwyczajnie zabrakło jej czasu. I może odrobinę zabrakło chęci.
- Można tak powiedzieć - uśmiechnęła się lekko, nie zdradzając wprost, że nosi nazwisko, o które pytał. Sam się domyślił lub domyśli w swoim czasie. Zakładała, że nie ma do czynienia z głupcem - w końcu wszystko wskazywało na zgoła co innego. Camille lekko przekrzywiła głowę, wzrokiem jednak uciekając w bok, by uniknąć tego niezręcznego, nieustannego wpatrywania się w drugą osobę: powodowało to dyskomfort i gdy mogła, starała się tego nie robić. Tonowała spojrzenia, dawkowała je odpowiednio, by rozmówca nie czuł się pomijany, ale i także nazbyt prześwietlany. Tę sztukę nietrudno było opanować, jeśli potrafiło się wyciągać wnioski z zachowania innych osób. Mentorów też miała niczego sobie.
Delacour odstawiła kieliszek. Wzięła zaledwie łyk, na spróbowanie. Nie planowała wypijać więcej niż ten jeden, wiedząc że jutro ma spotkanie. Na samą myśl o tym, co miało się stać nazajutrz, miała ochotę przewrócić oczami i westchnąć, lecz zdusiła w zarodku ten odruch. Odsunęła od siebie myśli o przysługach i obowiązkach, skupiając się na powrót na tym, co mówił Chester. Auror... Na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie.
- Mam nadzieję, że nie byłeś na sabacie służbowo? Nie chciałabym, byś miał przeze mnie kłopoty - powiedziała cicho, zaraz karcąc się w myślach. Gdyby był na służbie, to spotkaliby się kiedy indziej, prawda? Tak to działało, nawet w nieidealnym świecie. Nie wiedziała jednak czy mogła ulokować Chestera po stronie służbistów, czy może po drugiej stronie barykady. Za wcześnie było na wydawanie takich osądów. - Nie, nie powiedziałam. Pracuję w Mungu, zajmuję się leczeniem urazów pozaklęciowych. Hobbystycznie łamię klątwy, które rzucono na naszych pacjentów.
Uśmiechnęła się lekko. Klątwołamaczka - czy mogła być jedną z tych osób, które leczyły osoby po Beltane? To było bardziej niż prawdopodobne, zważywszy na to ile przypadków klątwy pojawiło się po tamtym dniu. A smród Beltane ciągnął się aż do dzisiaj - i pewnie będzie ciągnął się jeszcze przez wiele tygodni, jeśli nie miesięcy. Musiała mieć pełne ręce roboty.
- Dlatego z reguły nie pojawiam się na sabatach, zwykle nie mam na nie czasu. Sam jednak wiesz, jak wielu nieostrożnych czarodziejów i czarownic nas otacza - w końcu pracował w takim a nie innym departamencie. On jak nikt inny powinien wiedzieć, jak wiele osób miało za nic prawo czy bezpieczeństwo swoje i innych. Ofiary takich działań trafiały do niej, prosząc o pomoc. I nawet jeśli wynikało to wyłącznie z ich głupoty czy winy, musiała się tym zajmować. Ale Camille nie wyglądała, jakby miała narzekać. Przeciwnie - gdy opowiedziała czym się zajmuje, w jej niebieskich oczach pojawił się błysk, a na twarzy nieznaczne ożywienie. Musiała to naprawdę lubić, na dodatek nie wyglądała na osobę, która narzeka przypadkowym osobom na to, co robi.
- Można tak powiedzieć - uśmiechnęła się lekko, nie zdradzając wprost, że nosi nazwisko, o które pytał. Sam się domyślił lub domyśli w swoim czasie. Zakładała, że nie ma do czynienia z głupcem - w końcu wszystko wskazywało na zgoła co innego. Camille lekko przekrzywiła głowę, wzrokiem jednak uciekając w bok, by uniknąć tego niezręcznego, nieustannego wpatrywania się w drugą osobę: powodowało to dyskomfort i gdy mogła, starała się tego nie robić. Tonowała spojrzenia, dawkowała je odpowiednio, by rozmówca nie czuł się pomijany, ale i także nazbyt prześwietlany. Tę sztukę nietrudno było opanować, jeśli potrafiło się wyciągać wnioski z zachowania innych osób. Mentorów też miała niczego sobie.
Delacour odstawiła kieliszek. Wzięła zaledwie łyk, na spróbowanie. Nie planowała wypijać więcej niż ten jeden, wiedząc że jutro ma spotkanie. Na samą myśl o tym, co miało się stać nazajutrz, miała ochotę przewrócić oczami i westchnąć, lecz zdusiła w zarodku ten odruch. Odsunęła od siebie myśli o przysługach i obowiązkach, skupiając się na powrót na tym, co mówił Chester. Auror... Na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie.
- Mam nadzieję, że nie byłeś na sabacie służbowo? Nie chciałabym, byś miał przeze mnie kłopoty - powiedziała cicho, zaraz karcąc się w myślach. Gdyby był na służbie, to spotkaliby się kiedy indziej, prawda? Tak to działało, nawet w nieidealnym świecie. Nie wiedziała jednak czy mogła ulokować Chestera po stronie służbistów, czy może po drugiej stronie barykady. Za wcześnie było na wydawanie takich osądów. - Nie, nie powiedziałam. Pracuję w Mungu, zajmuję się leczeniem urazów pozaklęciowych. Hobbystycznie łamię klątwy, które rzucono na naszych pacjentów.
Uśmiechnęła się lekko. Klątwołamaczka - czy mogła być jedną z tych osób, które leczyły osoby po Beltane? To było bardziej niż prawdopodobne, zważywszy na to ile przypadków klątwy pojawiło się po tamtym dniu. A smród Beltane ciągnął się aż do dzisiaj - i pewnie będzie ciągnął się jeszcze przez wiele tygodni, jeśli nie miesięcy. Musiała mieć pełne ręce roboty.
- Dlatego z reguły nie pojawiam się na sabatach, zwykle nie mam na nie czasu. Sam jednak wiesz, jak wielu nieostrożnych czarodziejów i czarownic nas otacza - w końcu pracował w takim a nie innym departamencie. On jak nikt inny powinien wiedzieć, jak wiele osób miało za nic prawo czy bezpieczeństwo swoje i innych. Ofiary takich działań trafiały do niej, prosząc o pomoc. I nawet jeśli wynikało to wyłącznie z ich głupoty czy winy, musiała się tym zajmować. Ale Camille nie wyglądała, jakby miała narzekać. Przeciwnie - gdy opowiedziała czym się zajmuje, w jej niebieskich oczach pojawił się błysk, a na twarzy nieznaczne ożywienie. Musiała to naprawdę lubić, na dodatek nie wyglądała na osobę, która narzeka przypadkowym osobom na to, co robi.