06.01.2024, 22:02 ✶
Antek przemilczał swoją błyskotliwą myśl, że Atreus przed pierścionkiem u Elaine już zdążył się wystarczająco wyszaleć i dawał się wykorzystywać. To znaczy, robił zapewne przysługi wszystkim tym pannom, które wymagały jego atencji w nagłych sprawach. Gentleman takowym nie odmawia. Niewinnie parsknął pod nosem, niby to do kart i papierosa, zapijając szybko resztą alkoholu ze szklanki. - Oczywiście, mój błąd Atre. - przytaknął mu grzecznie, posyłając mu tak promienny i niedowierzający uśmiech, że w policzkach byłego ślizgona pojawiły się dwa dołeczki. Z tokiem myślenia Lestrange trudno było się nie zgodzić, bycie na językach i w prasie wcale nie było trudne. Anthony zdawał sobie sprawę, że Eryk nie jest nawet w połowie tak przystojni, jak oni, a że zwykle trzymali się we czterech plus jeszcze Sauriel — ten typowy łobuz ze szkolnych romansów, gdy pojawiali się na korytarzu, nikt i nic nie miało siły przebicia, nie mogło odebrać im atencji. Byli bogaci, młodzi, przystojni i mieli dobre nazwiska. Czego taka dziewczyna mogła chcieć więcej? Do tego każdy z nich reprezentował inny tym bycia gentlemanem spod ciemnej gwiazdy ze Staszkiem na czele.
Beltane i cały syf związany z organizacją, a także swoim własnym dziedzictwem — którego swoją drogą, nadal nie umiał zaakceptować, sprawiały, że wyjątkowo doceniał takie chwile, jak ta. Mogli sobie dogryzać, wyśmiewać, ale byli po prostu przyjaciółmi ze szkoły, bandą Borgina seniora, który ich pięknie olał dzisiejszego wieczoru, najpewniej mając plany z jakąś tragiczną blondynką. Staszek nigdy nie miał gustu. Anthony dałby wiele, żeby takie zwykłe, pełne zabawy i przepychanek spotkania trwały jak najdłużej i były przynajmniej raz w miesiącu. Bo kiedyś w końcu i nad ich relacją zatańczy cień, jak tańczył nad całą Wielką Brytanią. Wiedział, że gdyby nadszedł dzień, że musiałby Bulstrode zaatakować, nie mógłby tego zrobić, niezależnie od konsekwencji. Więc zostało mu cieszyć się czasem, który mu został, zanim Voldemort lub inny czort go wpędzi do grobu. Nigdy nie wróżył sobie długiego życia.
- Dziadek go nie był w stanie odpowiednio zmotywować. Obawiam się, że musiałbyś być jasnowłosą nimfą o długich nogach i ładnym biuście, żeby to miało szanse powodzenia.. - westchnął odrobinę teatralnie, mówiąc pół żartem i pół serio, pozwalając sobie na delikatne wzruszenie ramion. Oni faktycznie całą trójką pasowali do bojowników magicznych, Tosiek preferował jednak galeony i papiery, sprawy komornicze, niż machanie różdżką pomiędzy ludźmi. Chyba dlatego, że był w tym po prostu dobry, lubił też pieniądze.
- Czy Nott nie latał czasem za Lorką? - zapytał z ciekawością, przesuwając palcami po kartach. Lou niestety nie zdawał sobie sprawy o większości perypetii życiowo-romantycznych własnej siostry, ale może tak było lepiej, mógłby źle to znieść. A dziewczyna poza pięknymi perfumami, miała również wiele talentów i była doskonałym asystentem w kreowaniu wspomnień. - Zacznę wątpić też w wasz gust za chwile. I wcale nie mam ślicznej buźki, jestem nieprzyzwoicie przystojny, księżniczko.
Puścił Lou oczko, odchylając się na chwilę na krześle. Wcześniejsze nawiązanie było natomiast do wspomnianej przez nich blondyny. Na Merlina, przecież nic nie równało się z czernią na niewieściej głowie. Rzucił kartą, odkładając na chwilę karty. Przeciągnął się, niczym ta oaza spokoju, starając się ignorować myśli związane z Brenną, których przecież nie powinien mieć. Była absolutnie tragicznym wyborem, który przyssał się do niego lepiej, niż bagienna pijawka. Los był po prostu skurwiale dowcipny.
A Longbottom i tak została na ich ustach, wywołując zakrztuszenie się u Atreusa, co Borgin skwitował uniesieniem brwi. Obdarzył go pociągłym spojrzeniem, pytającym — zarówno o powód jego zaskoczenia, jak i o to, czy wszystko w porządku. Nie wyglądał jednak, jakby potrzebował jebnięcia w plecy. Bulstrode często wyglądał na zmęczonego, ale Tosiek wiązał to z pracą, a nie z pilnowaniem Brenny po nocach, bo o jej eskapadach, na całe szczęście nie wiedział. Był jednak gotów bronić jej dobrego imienia i szacunku do samej siebie. Bo oni owszem, kurwili się zapewne na prawo i lewo, no, może on sam trochę mniej, był mniej wyuzdany niż przyjaciele, ale Brenna była kwiatem niewinności ze skłonnościami do autodestrukcji i sympatią do bukietów z marchewek. Komentarz o seksie puścił pomimo uszu, doskonale wiedząc, jak jego przyjaciela wkurwia fakt, że usrał się akurat na zdrajczynie krwi. Na pewne rzeczy nie było jednak kurwa wpływu, gdyby mógł, to by przestał.
- Nie mam jak zdobyć jej serca, bo ona mnie nie lubi, bez względu na to, co dla niej zrobię i nie zrobię. - westchnął ze zrezygnowaniem, stukając palcami w blat stolika. - Niezależnie jednak od tego, staram się i tak mieć na nią oko, bo przysięgam, ona ma skłonności samobójcze z tym swoim kompleksem bohatera i chęcią zbawienia całego świata.
Jeśli ktoś miałby rzucić się na Voldemorta z pięściami, byłaby to Brenna. Jeśli ktoś miałby rzucić w Królową Anglii pomidorem za obrażanie mugoli, byłaby to Brenna. Ona robiła absolutnie wszystko, żeby nie móc dożyć trzydziestych piątych urodzin.
- Myślisz, że jest mi z tym wybitnie komfortowo? - zapytał swojego doradcę podrywu z toalety, odwracając twarz w jego stronę. - Zdajesz sobie sprawę, że na pewne rzeczy, to po prostu się nie ma wpływu? Wiem, że jest przeciwieństwem wszystkiego, czego uczyli nas rodzice i naszych zasad. Nie wiem, może powinienem dać sobie ją wymazać zaklęciami z głowy, poznać przyzwoitą czarownicę i założyć jej na palec pierścionek, zanim dziadek mi kogoś znajdzie. Zresztą Lou, Ty się nie nadajesz na takiego szepczącego.
Jego westchnienie przypominało nieco jęk niezadowolenia. Antoś był lojalny w swoich uczuciach i relacjach, niezależnie od kształtu widm, które z ich powodu miały krążyć nad jego głową. To samo było przecież z ich przyjaźnią, bez zastanowienia wystawiłby się za nich, jeśli zapewniłoby im to przeżycie. Nie powinni być więc zdziwieni, że Brenna mu po tylu latach wciąż nie przeszła.
Beltane i cały syf związany z organizacją, a także swoim własnym dziedzictwem — którego swoją drogą, nadal nie umiał zaakceptować, sprawiały, że wyjątkowo doceniał takie chwile, jak ta. Mogli sobie dogryzać, wyśmiewać, ale byli po prostu przyjaciółmi ze szkoły, bandą Borgina seniora, który ich pięknie olał dzisiejszego wieczoru, najpewniej mając plany z jakąś tragiczną blondynką. Staszek nigdy nie miał gustu. Anthony dałby wiele, żeby takie zwykłe, pełne zabawy i przepychanek spotkania trwały jak najdłużej i były przynajmniej raz w miesiącu. Bo kiedyś w końcu i nad ich relacją zatańczy cień, jak tańczył nad całą Wielką Brytanią. Wiedział, że gdyby nadszedł dzień, że musiałby Bulstrode zaatakować, nie mógłby tego zrobić, niezależnie od konsekwencji. Więc zostało mu cieszyć się czasem, który mu został, zanim Voldemort lub inny czort go wpędzi do grobu. Nigdy nie wróżył sobie długiego życia.
- Dziadek go nie był w stanie odpowiednio zmotywować. Obawiam się, że musiałbyś być jasnowłosą nimfą o długich nogach i ładnym biuście, żeby to miało szanse powodzenia.. - westchnął odrobinę teatralnie, mówiąc pół żartem i pół serio, pozwalając sobie na delikatne wzruszenie ramion. Oni faktycznie całą trójką pasowali do bojowników magicznych, Tosiek preferował jednak galeony i papiery, sprawy komornicze, niż machanie różdżką pomiędzy ludźmi. Chyba dlatego, że był w tym po prostu dobry, lubił też pieniądze.
- Czy Nott nie latał czasem za Lorką? - zapytał z ciekawością, przesuwając palcami po kartach. Lou niestety nie zdawał sobie sprawy o większości perypetii życiowo-romantycznych własnej siostry, ale może tak było lepiej, mógłby źle to znieść. A dziewczyna poza pięknymi perfumami, miała również wiele talentów i była doskonałym asystentem w kreowaniu wspomnień. - Zacznę wątpić też w wasz gust za chwile. I wcale nie mam ślicznej buźki, jestem nieprzyzwoicie przystojny, księżniczko.
Puścił Lou oczko, odchylając się na chwilę na krześle. Wcześniejsze nawiązanie było natomiast do wspomnianej przez nich blondyny. Na Merlina, przecież nic nie równało się z czernią na niewieściej głowie. Rzucił kartą, odkładając na chwilę karty. Przeciągnął się, niczym ta oaza spokoju, starając się ignorować myśli związane z Brenną, których przecież nie powinien mieć. Była absolutnie tragicznym wyborem, który przyssał się do niego lepiej, niż bagienna pijawka. Los był po prostu skurwiale dowcipny.
A Longbottom i tak została na ich ustach, wywołując zakrztuszenie się u Atreusa, co Borgin skwitował uniesieniem brwi. Obdarzył go pociągłym spojrzeniem, pytającym — zarówno o powód jego zaskoczenia, jak i o to, czy wszystko w porządku. Nie wyglądał jednak, jakby potrzebował jebnięcia w plecy. Bulstrode często wyglądał na zmęczonego, ale Tosiek wiązał to z pracą, a nie z pilnowaniem Brenny po nocach, bo o jej eskapadach, na całe szczęście nie wiedział. Był jednak gotów bronić jej dobrego imienia i szacunku do samej siebie. Bo oni owszem, kurwili się zapewne na prawo i lewo, no, może on sam trochę mniej, był mniej wyuzdany niż przyjaciele, ale Brenna była kwiatem niewinności ze skłonnościami do autodestrukcji i sympatią do bukietów z marchewek. Komentarz o seksie puścił pomimo uszu, doskonale wiedząc, jak jego przyjaciela wkurwia fakt, że usrał się akurat na zdrajczynie krwi. Na pewne rzeczy nie było jednak kurwa wpływu, gdyby mógł, to by przestał.
- Nie mam jak zdobyć jej serca, bo ona mnie nie lubi, bez względu na to, co dla niej zrobię i nie zrobię. - westchnął ze zrezygnowaniem, stukając palcami w blat stolika. - Niezależnie jednak od tego, staram się i tak mieć na nią oko, bo przysięgam, ona ma skłonności samobójcze z tym swoim kompleksem bohatera i chęcią zbawienia całego świata.
Jeśli ktoś miałby rzucić się na Voldemorta z pięściami, byłaby to Brenna. Jeśli ktoś miałby rzucić w Królową Anglii pomidorem za obrażanie mugoli, byłaby to Brenna. Ona robiła absolutnie wszystko, żeby nie móc dożyć trzydziestych piątych urodzin.
- Myślisz, że jest mi z tym wybitnie komfortowo? - zapytał swojego doradcę podrywu z toalety, odwracając twarz w jego stronę. - Zdajesz sobie sprawę, że na pewne rzeczy, to po prostu się nie ma wpływu? Wiem, że jest przeciwieństwem wszystkiego, czego uczyli nas rodzice i naszych zasad. Nie wiem, może powinienem dać sobie ją wymazać zaklęciami z głowy, poznać przyzwoitą czarownicę i założyć jej na palec pierścionek, zanim dziadek mi kogoś znajdzie. Zresztą Lou, Ty się nie nadajesz na takiego szepczącego.
Jego westchnienie przypominało nieco jęk niezadowolenia. Antoś był lojalny w swoich uczuciach i relacjach, niezależnie od kształtu widm, które z ich powodu miały krążyć nad jego głową. To samo było przecież z ich przyjaźnią, bez zastanowienia wystawiłby się za nich, jeśli zapewniłoby im to przeżycie. Nie powinni być więc zdziwieni, że Brenna mu po tylu latach wciąż nie przeszła.