06.01.2024, 23:00 ✶
Anthony absolutnie się do tego nie nadawał. Nie był człowiekiem, który brudził sobie ręce sam. Nie był też człowiekiem, który miał jakąś wielką wizję świata, który owszem, pozbawiony szlam byłby znacznie piękniejszy, ale nie było to coś, co często przychodziło mu do głowy w szarej codzienności. Skupiał się głównie na swoich celach, okazjonalnie na otrzymywanych zadaniach. Czasem po marudził, podpalił coś lub łamał zasady, ale był chaotycznie przyzwoity, a nie chaotycznie zły. Przynajmniej na razie, bo nie mógł przecież wiedzieć, dokąd zaprowadzą go ukryte głęboko pokłady nieokiełznanej agresji. Na potrzeby rozwoju kariery, wiele w sobie tłumił, zresztą, na to wpływ miało również "wychowywanie" przez ojca, o ile można w ogóle nazwać w ten sposób proces, który istniał pomiędzy Tośkiem a nieboszczykiem.
Lis przyglądał się swojemu opiekunowi w milczeniu, trzymając papierosa w ustach. Zastanawiał się, nad czym kontemplował i czy wypowiadanie przez niego słowa mogły cokolwiek zmienić. Niszczenie ludzi sprzyjających rozwojowi naprawdę nie było mądre, nawet jeśli wymagała tego tocząca się przez nich i organizację, do której należeli, rewolucja. Ciemne pasmo włosów spłynęło mu na czoło, a dym wypełnił przestrzeń dookoła młodego Borgina, przez kilka krótkich sekund przypominając mgłę, cierpką i gorzką, mocną, bo takie papierosy preferował. Cóż, nawet jeśli nie zgadzał się z wyrokiem, nie zamierzał uciekać. Był słowny i lojalny, chociaż zwykle działania wbrew sobie zwyczajnie przekształcał na takie, aby mu sprzyjały lub wręcz ich unikał.
Uniósł brwi, jednak nie odezwał się słowem. Nie miał na myśli babeczek czy amortencji, wystarczyły uroki, hipnoza lub zaklęcia modyfikujące bezpośrednio pamięć, ale widocznie dla śmierciożerców były to metody zbyt finezyjne i delikatnie, lepiej brudzić ręce. Przeniósł spojrzenie gdzieś w stronę kuchni, poszukując wzrokiem kubła, do którego mógłby wyrzucić końcówkę od spalonego zbyt szybko papierosa. Chwała czarodziejom, że były na tyle dopracowane, że zapach nie zostawał w ubraniach. Opłukał jednak dłonie w zlewie, gdzie wcześniej Robert sprzątał. Słuchał go, a gdy się obrócił i oparł o szafkę, skrzyżował ręce na torsie. Faktycznie, przeszło mu przez myśl to, czy on faktycznie w to wierzył. Czy tak dogłębnie i całościowo popierał wizję Voldemorta? Nie, nie mógł się przełamać do nazywania go "Panem". Antek mimowolnie pomyślał o Brennie, którą świat, do którego organizacja dążyła, tak tępił.
- Rozumiem. Nie ma więc wyjścia. - odpowiedział krótko, spokojnie i całkiem przekonująco, chociaż trudno było określić, czy się zgadzał z zadaniem, które dostał. Sięgnął do kieszeni swojego płaszcza, wyjmując z niego parę skórzanych rękawiczek, które naciągnął na dłonie. Może i nie urodził się wczoraj, ale rodzina długo trzymała go z daleka, nie wplątywała w sprawy, które zdaniem ojca go przerastały. Podszedł do mężczyzny i obdarzył go krótkim uśmiechem, wciąż nieco chłopięcym i okraszonym łobuzerią, takim prosto ze szkolnych korytarzu Hogwartu, gdy to razem z bandą Borgina, mieli zrobić coś złego. Na tamte czasy był to jednak zupełnie inny kaliber występków. - Nie, bierzmy się do pracy.
Czy Anthony zamierzał ubrudzić sobie ręce? Wątpliwe. Liczył na spotkanie kogoś, kogo będzie można do tego wykorzystać lub po prostu skłonienie nieszczęśnika do rytualnego samobójstwa. Nie rozglądał się już po wnętrzu, gdy płaszcz przeistoczył się w pelerynę z głębokim kapturem i gdy ich skryte w półmroku twarze zakryły odpowiednie maski. Jak on kurwa nienawidził tych paskudnych masek. Za każdym razem, gdy wkładał na siebie strój, którego ich organizacja od nich wymagała, dostawał tego absurdalnego poczucia władzy i pewności siebie, które niepokoiły pewną część jego charakteru — tą aktywną, bo prowokowały tą, która tkwiła uśpiona. Podniósł wzrok na Roberta, chociaż nie był pewien, czy to zobaczy, szpary w metalu były niewielkie. - Multon mieszka sam czy spodziewamy się towarzystwa?
Krótkie pytanie przerwało cisze, takie, które wydało mu się dość sensowne. Mogło wymagać innego sposobu działania, niż sobie zakładał. A Dolina była duża, większość osób zamieszkujących jej tereny żyła w domach wielopokoleniowych, co byłoby wrzodem na dupie.
Lis przyglądał się swojemu opiekunowi w milczeniu, trzymając papierosa w ustach. Zastanawiał się, nad czym kontemplował i czy wypowiadanie przez niego słowa mogły cokolwiek zmienić. Niszczenie ludzi sprzyjających rozwojowi naprawdę nie było mądre, nawet jeśli wymagała tego tocząca się przez nich i organizację, do której należeli, rewolucja. Ciemne pasmo włosów spłynęło mu na czoło, a dym wypełnił przestrzeń dookoła młodego Borgina, przez kilka krótkich sekund przypominając mgłę, cierpką i gorzką, mocną, bo takie papierosy preferował. Cóż, nawet jeśli nie zgadzał się z wyrokiem, nie zamierzał uciekać. Był słowny i lojalny, chociaż zwykle działania wbrew sobie zwyczajnie przekształcał na takie, aby mu sprzyjały lub wręcz ich unikał.
Uniósł brwi, jednak nie odezwał się słowem. Nie miał na myśli babeczek czy amortencji, wystarczyły uroki, hipnoza lub zaklęcia modyfikujące bezpośrednio pamięć, ale widocznie dla śmierciożerców były to metody zbyt finezyjne i delikatnie, lepiej brudzić ręce. Przeniósł spojrzenie gdzieś w stronę kuchni, poszukując wzrokiem kubła, do którego mógłby wyrzucić końcówkę od spalonego zbyt szybko papierosa. Chwała czarodziejom, że były na tyle dopracowane, że zapach nie zostawał w ubraniach. Opłukał jednak dłonie w zlewie, gdzie wcześniej Robert sprzątał. Słuchał go, a gdy się obrócił i oparł o szafkę, skrzyżował ręce na torsie. Faktycznie, przeszło mu przez myśl to, czy on faktycznie w to wierzył. Czy tak dogłębnie i całościowo popierał wizję Voldemorta? Nie, nie mógł się przełamać do nazywania go "Panem". Antek mimowolnie pomyślał o Brennie, którą świat, do którego organizacja dążyła, tak tępił.
- Rozumiem. Nie ma więc wyjścia. - odpowiedział krótko, spokojnie i całkiem przekonująco, chociaż trudno było określić, czy się zgadzał z zadaniem, które dostał. Sięgnął do kieszeni swojego płaszcza, wyjmując z niego parę skórzanych rękawiczek, które naciągnął na dłonie. Może i nie urodził się wczoraj, ale rodzina długo trzymała go z daleka, nie wplątywała w sprawy, które zdaniem ojca go przerastały. Podszedł do mężczyzny i obdarzył go krótkim uśmiechem, wciąż nieco chłopięcym i okraszonym łobuzerią, takim prosto ze szkolnych korytarzu Hogwartu, gdy to razem z bandą Borgina, mieli zrobić coś złego. Na tamte czasy był to jednak zupełnie inny kaliber występków. - Nie, bierzmy się do pracy.
Czy Anthony zamierzał ubrudzić sobie ręce? Wątpliwe. Liczył na spotkanie kogoś, kogo będzie można do tego wykorzystać lub po prostu skłonienie nieszczęśnika do rytualnego samobójstwa. Nie rozglądał się już po wnętrzu, gdy płaszcz przeistoczył się w pelerynę z głębokim kapturem i gdy ich skryte w półmroku twarze zakryły odpowiednie maski. Jak on kurwa nienawidził tych paskudnych masek. Za każdym razem, gdy wkładał na siebie strój, którego ich organizacja od nich wymagała, dostawał tego absurdalnego poczucia władzy i pewności siebie, które niepokoiły pewną część jego charakteru — tą aktywną, bo prowokowały tą, która tkwiła uśpiona. Podniósł wzrok na Roberta, chociaż nie był pewien, czy to zobaczy, szpary w metalu były niewielkie. - Multon mieszka sam czy spodziewamy się towarzystwa?
Krótkie pytanie przerwało cisze, takie, które wydało mu się dość sensowne. Mogło wymagać innego sposobu działania, niż sobie zakładał. A Dolina była duża, większość osób zamieszkujących jej tereny żyła w domach wielopokoleniowych, co byłoby wrzodem na dupie.