07.01.2024, 15:18 ✶
Oczywiście że musiał skomentować - nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Znała go kilka dni, a to było ich trzecie spotkanie: każde było stosunkowo krótkie i nie mogłaby powiedzieć, że poznała Traversa na tyle, by uważać że go zna, lecz zdążyła zaobserwować pewien schemat, który pojawiał się w jego zachowaniu. Mogłaby go określić jako duże dziecko, które zawsze musi mieć ostatnie słowo, nawet jeśli tym słowem będzie pyskówka. Jeżeli jednak odbierała go negatywnie, to nie dawała tego po sobie poznać. Starała się trzymać należyty dystans, swoje opinie na temat Theona wkładając gdzieś między opinią o wczorajszym obiedzie, a dzisiejszym śniadaniem. Nikomu na dobre nie wyjdzie, gdy zacznie je wygłaszać, nikogo też one nie interesowały - po co było więc je uzewnętrzniać?
- Tak. Podnieś ręce, wtedy przerwę - powiedziała, zerkając na niego. Nie powinien wychodzić z kręgu, ale też nie chciała naciskać, jeżeli faktycznie będzie źle. - To jednak nie powinno się stać. Z tego co rozmawialiśmy kilka dni temu wszystko poza tą klątwą jest u ciebie w porządku. Medycznie w porządku.
Ona również nie byłaby sobą, gdyby nie pozwoliła tej drobnej uszczypliwości wypłynąć na wierzch. Zamaskowała ją jednak delikatnym uśmiechem, jak zwykle zresztą, sprawiając wrażenie że wcale nie chciała mu nadepnąć na odcisk. Ale prawda była taka, że Travers należał do tego grona osób, które wybitnie Camille irytowały w pewnych momentach i nawet ona nie potrafiła oddzielić tej irytacji od profesjonalizmu, a przynajmniej nie zawsze.
- Tak. Postaraj się zrelaksować, chociaż wiem, że to trudne. Spróbuj zająć myśli, wróć do tego co jadłeś, gdzie byłeś. Odtwórz wszystkie swoje kroki dzisiejszego dnia, dzięki temu nie będziesz skupiał się na wyobrażeniach - doradziła, a następnie machnęła różdżką. Kolejne świece zapalały się w określonej kolejności, podczas gdy ona podeszła do szafki z kadzidłem i je również podpaliła. Ono jednak w przeciwieństwie do świec, nie zapłonęło żywym ogniem. Zaczęło się tlić, wypuszczając gęsty, szaro-biały dym. W pomieszczeniu czuć było intensywną woń palonego knotu oraz ziół, ciężkich i drażniących. Nie wyglądało jednak na to, by Camille to przeszkadzało. Obeszła krąg, szepcząc słowa inkantacji. Płomienie świec zadrżały, a dym skręcił nagle i przestał unosić się w górę. Miast tego zmienił kierunek i pomknął w stronę Theona, otaczając go z każdej strony. Gęstniał, falował, wpychał się pod ubranie, dotykał jego skóry. Nie wciskał się jednak do nosa, Travers mógł mieć uczucie, jakby opadła na niego pajęcza sieć - niewidzialna, ale wyczuwalna, nieprzyjemna ale do zniesienia. Delacour machnęła różdżką, nie przerywając wypowiadania kolejnych słów, a jej oczy nieco zaszły mgłą, podobną do tego dymu, który otaczał Theona. Widziała nie-widząc całun, otaczający całą jego sylwetkę. Widziała grube teraz pasma, rwące się każde w inną stronę. Machnęła różdżką, jedno pasmo przerwało się bezgłośnie i rozpłynęło w niebyt. Theon mógł poczuć ukłucie niepokoju, bardzo niekomfortowe, ale również nie było to nic, z czym by nie mógł sobie poradzić. Camille obeszła krąg po raz kolejny i ponownie machnęła różdżką. Kolejne pasmo pękło, a ona skręciła nadgarstek i wypuściła z kadzidła kolejne porcje dymu, które zmieniły kierunek z góry w przód, by na powrót owiać Traversa. Płomienie świec wydłużyły się, przestały falować. Całun, otaczający Theona, powoli się rozpływał, ale ona wiedziała że to nie jest koniec.
Musiała metodycznie obchodzić krąg z mężczyzną w środku, nie przerywając szeptania zaklęcia. W kółko tego samego. Przecinała kolejne grube pasma, już nie nici. Zgrubiały, szarpały się, nie chciały odlepić się od jego duszy. Niekiedy Theon czuł, że traci coś bezpowrotnie, że nigdy tego nie odzyska. Że być może to był błąd, że powinien to przerwać. To uczucie stało się jednak nieznośne, nie do wytrzymania. I już, gdy jego umysł podpowiadał mu, by wstać i po prostu odejść... wszystko się skończyło. Mógł odnieść wrażenie, że coś pękło - mógł nawet to usłyszeć w głębi swojej duszy, chociaż na zewnątrz nie było takiego dźwięku. Dym z kadzidła na powrót leciał w górę, płomienie świec znowu falowały, a Camille przestała mówić. Była blada, wyglądała również na zmęczoną. Na jej czole pojawiło się kilka kropelek potu. Delacour opuściła różdżkę, pozwalając ręce zawisnąć swobodnie wzdłuż ciała.
- Uczepiło się ciebie okropnie, ale już po wszystkim. Jak się czujesz? Nie chce ci się wymiotować? - zapytała, łapiąc oddech. A przecież z zewnątrz nie robiła nic innego poza chodzeniem w kółko, gadaniem do siebie i machaniem różdżką. Jednak w środku czuła, że mocno nadwyrężyła swoje siły. Musiała niezwykle starannie przeciąć każdą nić powiązania ze Stellą - nie wszystkie zebrały się w większe pasmo. Ale udało się.
- Tak. Podnieś ręce, wtedy przerwę - powiedziała, zerkając na niego. Nie powinien wychodzić z kręgu, ale też nie chciała naciskać, jeżeli faktycznie będzie źle. - To jednak nie powinno się stać. Z tego co rozmawialiśmy kilka dni temu wszystko poza tą klątwą jest u ciebie w porządku. Medycznie w porządku.
Ona również nie byłaby sobą, gdyby nie pozwoliła tej drobnej uszczypliwości wypłynąć na wierzch. Zamaskowała ją jednak delikatnym uśmiechem, jak zwykle zresztą, sprawiając wrażenie że wcale nie chciała mu nadepnąć na odcisk. Ale prawda była taka, że Travers należał do tego grona osób, które wybitnie Camille irytowały w pewnych momentach i nawet ona nie potrafiła oddzielić tej irytacji od profesjonalizmu, a przynajmniej nie zawsze.
- Tak. Postaraj się zrelaksować, chociaż wiem, że to trudne. Spróbuj zająć myśli, wróć do tego co jadłeś, gdzie byłeś. Odtwórz wszystkie swoje kroki dzisiejszego dnia, dzięki temu nie będziesz skupiał się na wyobrażeniach - doradziła, a następnie machnęła różdżką. Kolejne świece zapalały się w określonej kolejności, podczas gdy ona podeszła do szafki z kadzidłem i je również podpaliła. Ono jednak w przeciwieństwie do świec, nie zapłonęło żywym ogniem. Zaczęło się tlić, wypuszczając gęsty, szaro-biały dym. W pomieszczeniu czuć było intensywną woń palonego knotu oraz ziół, ciężkich i drażniących. Nie wyglądało jednak na to, by Camille to przeszkadzało. Obeszła krąg, szepcząc słowa inkantacji. Płomienie świec zadrżały, a dym skręcił nagle i przestał unosić się w górę. Miast tego zmienił kierunek i pomknął w stronę Theona, otaczając go z każdej strony. Gęstniał, falował, wpychał się pod ubranie, dotykał jego skóry. Nie wciskał się jednak do nosa, Travers mógł mieć uczucie, jakby opadła na niego pajęcza sieć - niewidzialna, ale wyczuwalna, nieprzyjemna ale do zniesienia. Delacour machnęła różdżką, nie przerywając wypowiadania kolejnych słów, a jej oczy nieco zaszły mgłą, podobną do tego dymu, który otaczał Theona. Widziała nie-widząc całun, otaczający całą jego sylwetkę. Widziała grube teraz pasma, rwące się każde w inną stronę. Machnęła różdżką, jedno pasmo przerwało się bezgłośnie i rozpłynęło w niebyt. Theon mógł poczuć ukłucie niepokoju, bardzo niekomfortowe, ale również nie było to nic, z czym by nie mógł sobie poradzić. Camille obeszła krąg po raz kolejny i ponownie machnęła różdżką. Kolejne pasmo pękło, a ona skręciła nadgarstek i wypuściła z kadzidła kolejne porcje dymu, które zmieniły kierunek z góry w przód, by na powrót owiać Traversa. Płomienie świec wydłużyły się, przestały falować. Całun, otaczający Theona, powoli się rozpływał, ale ona wiedziała że to nie jest koniec.
Musiała metodycznie obchodzić krąg z mężczyzną w środku, nie przerywając szeptania zaklęcia. W kółko tego samego. Przecinała kolejne grube pasma, już nie nici. Zgrubiały, szarpały się, nie chciały odlepić się od jego duszy. Niekiedy Theon czuł, że traci coś bezpowrotnie, że nigdy tego nie odzyska. Że być może to był błąd, że powinien to przerwać. To uczucie stało się jednak nieznośne, nie do wytrzymania. I już, gdy jego umysł podpowiadał mu, by wstać i po prostu odejść... wszystko się skończyło. Mógł odnieść wrażenie, że coś pękło - mógł nawet to usłyszeć w głębi swojej duszy, chociaż na zewnątrz nie było takiego dźwięku. Dym z kadzidła na powrót leciał w górę, płomienie świec znowu falowały, a Camille przestała mówić. Była blada, wyglądała również na zmęczoną. Na jej czole pojawiło się kilka kropelek potu. Delacour opuściła różdżkę, pozwalając ręce zawisnąć swobodnie wzdłuż ciała.
- Uczepiło się ciebie okropnie, ale już po wszystkim. Jak się czujesz? Nie chce ci się wymiotować? - zapytała, łapiąc oddech. A przecież z zewnątrz nie robiła nic innego poza chodzeniem w kółko, gadaniem do siebie i machaniem różdżką. Jednak w środku czuła, że mocno nadwyrężyła swoje siły. Musiała niezwykle starannie przeciąć każdą nić powiązania ze Stellą - nie wszystkie zebrały się w większe pasmo. Ale udało się.