Margaret nawet nie zdążyła się ponudzić, gdy już dosłownie po chwili w drzwiach zjawiła się panna Delacour. Może to i dobrze, bo nie lubiła siedzieć bezczynnie w nieznanym jej miejscu, w którym stale odczuwała zagrożenie, a może nie tyle zagrożenie, co po prostu dyskomfort wywołany wszystkimi ludźmi znajdującymi się wokół. Trwając w wyraźnym napięciu i skupieniu, starała się zaobserwować wszystko to, co Camille ukazywała sobą i swoim zachowaniem. W końcu poznajemy człowieka już od pierwszych sekund, gdy na niego spojrzymy, a zdolność obserwacji była jedyną rzeczą, którą Margaret mogłaby się poszczycić. Luźny ubiór. Nowoczesny. Tak wygląda najnowsza moda? Piękny kolor bluzki. Współgra z jej włosami. Choć mnie by chyba nie pasował. Młoda Mulciber była raczej w tyłach z najnowszymi trendami i ubiorem kobiet, które w ostatnich latach odchodziły od standardowych sukien czy starodawnych ubiorów, wybierając coś lżejszego, bardziej komfortowego. Sama jakoś nie odnajdywała się w spodniach i nowoczesnych krojach, a większość jej szafy ze spokojem mogłaby nosić nawet jej babcia. Pewnie mogłoby to implikować, że Camille należy do bogatej gałęzi rodziny Delacour. Czy oni właściwie mają gałęzie? Może... Jak Mulciberowie. W sumie to Margaret nie wiedziała. Oczy jej zawiesiły się teraz na torebce. Ładna. Ale jak tam zapakować wszystkie potrzebne zioła i kadzidła? Bardzo niepraktyczne.
- Ach, tak, tak. - Wytrąciła się wreszcie z transu, podczas którego oceniała swoją przyszłą rozmówczynię. Chyba trwało to zbyt długo, bo ta już zdążyła się przywitać, wyciągnąć rękę i przeprosić za swoje nawet niespóźnienie. Odłożyła trzymany pakunek w dłoni i wstała, na tyle, na ile mogła ze stolikiem przeszkadzającym jej w jakimkolwiek ruchu, łapiąc kobietę oburącz za jej dłoń, witając ją ukłonem głowy i rzuconym niedbale uśmiechem. - Zdaje się, że jesteśmy punktualnie. - Odpowiedziała dość... nieumiejętnie na jej przeprosiny. Pewnie powinnam powiedzieć, że wcale się nie spóźniła i zachichotać... Tak chyba robią koleżanki na spotkaniach. Tylko one w sumie nie są koleżankami.
Usiadła i gdy kelnerka podeszła, miała już poprosić o to, aby nie zamawiać jej kawy, ale... Ale w sumie nie wymówiła słowa, patrząc wpierw na Camille, a potem na kelnerkę, która chyba czekała na to, aż ona coś zamówi. - Tak, ja też. To samo. - Rzuciła po chwili niepewności. Ech. - Właśnie. - Położyła wreszcie trzymany pakunek na stole i przesunęła go oburącz bardziej na środek w stronę Camille. Wyglądał on raczej prosto. Był czarnym, tekturowym pudełeczkiem o długości 20 cm i szerokości kilku. Na środku miał niedbale zawiniętą wstążkę. - Prezent od rodziny Mulciber. Trzy kadzidełka mające wspomagać wizje artystyczne. Osobiście nie używałam, ale niektórzy artyści je u nas zamawiają. - Nie wiedziała, jaki prezent spożytkować Camille. Jednak Delacour kojarzą się jej z rozmarzonymi artystami. Śpiewakami czy innymi malarzami. - Nie wiem, czy ci się przydadzą, ale... a, i nie używaj ich przed wyjściem na scenę. To znaczy... możesz, ale lepiej zapalić wtedy pojedyncze przez krótki czas. - Słyszała już jedną historię o efektach ubocznych niektórych kadzideł, ale w sumie wolała ich nie opowiadać. - Przepraszam Cię. Właściwie to nawet nie wiem, czy wychodzisz na scenę... A jak możemy pomóc i jak ekspresowe ma być to zamówienie?