Wszechświat i wpływ na człowieka. Tak. Taak. Były rzeczy, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Zwykłych pech, albo po prostu zrządzenie Losu. Przeznaczenie. Zwał jak zwał. Ponoć nie dało się zmienić tego, co już było nam przypisane. Słowa o tym, że decyzje jednak podejmowaliśmy sami były jakoby tego zaprzeczeniem. Prawdę mówią Laurent choć nie miał powodu, żeby nie wierzyć w sztukę wróżenia, jasnowidzenia czy astrologii to nigdy nie przywiązywał się do nich bardzo. Chyba zaszkodziłoby mu przyklejenie się zarówno do jednej jak i drugiej odpowiedzi, choć były bardzo skrajne. Nie chciał opaść na łąkę pod sosnowym zagajnikiem i myśleć, że przecież nie ma na nic wpływu. Decyzje podjęte były jakoby wypisane, niczego nie dało się zmienić. Przewidziano wszystko. Ustalono wszystko. Ustalono też to, że się poddasz. Żałosne - tak by powiedział Edward. Nie chciał też przykleić się do kart i szklanych kul, nie chciał spoglądać w gwiazdy i wołać do nich po odpowiedzi. Chciał żyć. Jak każdy zupełnie przeciętny obywatel chciał żyć dobrze, wygodnie, chciał dobrze zarabiać, być kochanym i nie martwić się o to, co dzieje się dookoła. Odciąć się od zła i żyć gdzieś z boku. Zamiast tego pakował swoje dłonie co rusz w jakieś tarapaty. Chyba autodestrukcyjnie.
Szarlatani się na tym świecie zdarzali. Nawet bardzo często. Ktoś pokroju Dolohova odstawał jednak od szarlataństwa w świecie, w których prezentowana przez niego wiedza była weryfikowana nie tylko przez klientów, ale i przez tych, którzy również studiowali podobną tematykę. Może nawet identyczną. Laurent nie robił w tym celu researchu, choć branie wszystko na czystą wiarę, co próbowali ci wcisnąć, było nawet czymś gorszym od naiwności, którą sobą prezentował częściej niżby chciał. Było głupotą. Głupotą też było podważanie wszystkiego, co się usłyszy. "Przekonaj się sam" - tak najlepiej powiedzieć. Tylko nie daj się wciągnąć w to mistyczne miejsce pełne wrażeń, bo łatwo było wtedy odpłynąć. Zaczynała działać autosugestia. Bardzo nie chciał być ofiarą takich praktyk, a Ginny, która mu ostatnio wróżyła, pokazała mu odrobinę więcej poza całkowicie neutralnymi wróżbami. I przede wszystkim - niekoniecznie były one dobre. Twarz Dolohova była znana z okładek gazet. Nawet jeśli wykazywało się ignorancją wobec dziedziny, jaką się posługiwał (Laurent po prostu nie miał czasu wkładać dłoni we wszystko, tak sobie to tłumaczył) to po prostu - się go znało. Niekoniecznie z dawnych lat sabatów. Wtedy chyba naprawdę był zbyt mały. Lub zbyt przejęty zmianą swojego życia, kiedy przeszedł z biedy do luksusów. Ceną za to była tylko śmierć. Niewielka, niektórzy by powiedzieli. Kiedy tak siedział (rzeczywiście daleko odbiegają głosem od monotonii, ale Laurent ma spierdoloną autorkę) i spoglądał na Vakela, który odbiegł od trywialnych tematów i zaczął całkowicie poważny monolog niedosłownie wskazujący palcem Laurenta, zachęcając go do dialogu wewnętrznego, zamieniał się w Króla Obsesji. Jak w bajce Alicji z Krainy Czarów, ale nie byłby chyba Kapelusznikiem. Kotem? Nie. Królową Kier? Tylko zamiast Królowej był Król, kier tu nie pasował - może Król Pik? Siedział na jednym fotelu, a jednak wypełniał swoją osobowością całą przestrzeń. Laurent miał mieszane uczucia do takich ludzi. Uważał na nich, bo zarówno przyciągali swoją siłą, jak i potrafili zmiażdżyć człowieka swoją osobowością. Parę celnych słów i Laurent już byłby skulony pod ścianą. Jeśli tylko przyszłoby się otworzyć.
Co jest cenniejsze - zbierać wiedzę, czy przekuwać ją w coś nowego? I czy coś nowego powstałoby, gdyby nie zbierana wiedza? Ludzie często zapominali. Odkrywali stare wynalazki i teksty na nowo. Odkopywali je z zakurzonych woluminów i zachwycali tym, co napisali ludzie setki lat przed nimi. Albo dowiadywali się, że to, co uznawali za fenomenalnie nowoczesne i odkrywcze miało swoje zalążki i podstawy wieki temu. Po prostu pozwolono temu opaść w zapomnienie. Albo ktoś uznał, że to szaleniec i lepiej go skrócić o głową, czy lepiej - wiedźma. Te zaś wspaniale rozpalały średniowieczne ogniska.
Zrobiło mu się za to bardzo nieswojo, kiedy temat wszedł na kwestię urodzenia i... świeżego powietrza. Jakby to było coś pięknego, jakby był wspaniałym dzieckiem, które przyszło na świat pośród jedwabiu i złota. Nie przyszedł. Starał się jednak nie poruszyć dalej, nie zmieniać pozycji, poza tym fałszywym drgnięciem i napięciem mięśni, nad którym próbował zapanować. Cofnięcie się tam, gdzie słońce było ciepłe? A może tam, gdzie śmierdziała zgnilizna? Nie było to celowe ze strony Vakela, w końcu - skąd mógł wiedzieć? Czy to było w ogóle istotne dla tego spotkania? Nie zamierzał go poprawiać. Nie było czym się chwalić. Nawet nie lubił o tym rozmawiać z kimś bliskim, co dopiero obcym. Czy można było mówić o czymś takim jak zawodowe trzymanie tajemnicy w przypadku Vakela? W tym miejscu? Pewnie tak. Inaczej nikt by sobie go tak nie cenił. Tak czy siak Laurent mistrzem kłamstw nie był, więc drobna reakcja i tak przemknęła dając w tym momencie znak, że coś jest nie tak. I ze niekoniecznie Vakel trafił. Zgadzał się jednak z tym, że ludzką ignorancją było już sądzenie, że to, co działo się w tych wczesnych latach nie miało znaczenia i że nie miało odniesień do dna doczesnego. Nie wszyscy muszą się z tym zgadzać, ale z faktami też nie da się dyskutować. Co najwyżej można je wypierać i wierzyć w swoją wizję rzeczywistości. Niektórym takie funkcjonowanie ułatwiało trwanie. Więc może to i lepiej? Nie zawsze przekłuwanie bezpiecznej strefy bańki mydlanej było dobrym wyborem.
Czy jeednak to wszystko była kwestia energii? Teraz, w przypadku Zimnych, rzeczywiście mówiło się o niej więcej. Laurent jednak nie przerywał jego wywodów. Słuchał. Lubił poznawać rzeczy nowe i nowych się dowiadywać. Lubił, kiedy ktoś mówił z pasją i polotem. Ile było w tym człowieku pasji, a ile wyuczonych regułek mógł tylko zgadywać, a wątpił, czy byłaby to dobra odpowiedź. Spójrzmy... W końcu zgadywać lubił. Stawiać teorie na temat ludzi przed sobą, żeby potem je konfrontować z rzeczywistością. Zazwyczaj robił to na głos. Reakcje człowieka w końcu bardzo dużo o nim opowiadały, czasami słowo mogło przynieść zaprzeczenie i kłamstwo, ale pierwsza reakcja? Ta kłamała tylko wtedy, kiedy ktoś był wprawiony w boju świata kłamstw, złudzeń. W roli aktora. Laurent więc postawił teorię, że ten człowiek miał pasję, teraz została jakaś obsesja i resztki tego światła, które kiedyś posiadał. Może jeszcze wślizgiwało się resztkami sił przez ledwo uchylone okno.
- Pewni ludzie prezentują sobą klasę zawodów, jaki wykonują. - Odparło spokojnie na słowa o tym, że niektórzy porównują jego pracę do szarlatanów z ulicy. Dziwne? Chyba nie. Ludzie wierzyli w to, co było bardziej na wyciągnięcie ręki. Upadali pod wpływem nieświadomości tego, jak działa ludzka psychika i jak łatwo nią manipulować. Dlatego uważał, że samoświadomość pomagał. Jednak jeśli Vakel uważał inaczej nie czuł się na miejscu i w kompetencji, żeby zaprzeczać. Może w tym, co miał do przekazania, rzeczywiście to tylko przeszkadzało? Bo jeśli tak to Laurent będzie trudnym klientem. Upierdliwie-dociekliwym. Choć... postara się nie. - Uważam pana za takiego reprezentanta. Jestem świadom, że w dziedzinie numerologii, wróżenia i jasnowidzenia figurują oszuści, jak zresztą pewnie w każdej pracy, jaką człowiek wymyślił. Nie porównuje jednak ludzi siedzących przy krawężniku ze stolikiem i kulą do wróżenia do osób pana pokroju. - To była straszna abstrakcja, lecz cóż - człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce. - Efekt horoskopowy jest czymś, co budziło moje obawy i co sprawia, że zawsze poddaje takie wróżby znakowi zapytania. Nie jest grzechem wątpić i szukać odpowiedzi. - Cogito ergo sum. Myślę, więc jestem. Scio nihil me scire. Wiem, że nic nie wiem. - Sądzę jednak, że pan jest osobą, która odpowiedzi przynosi. Tak jak wspominałem o prezentowaniu sobą wysokiej klasy, wręcz ikonicznej. - Czy to było głaskanie z włosem? Och, no trochę komplementów nie zaszkodzi... Laurent nawet się uśmiechnął delikatnie w kierunku Vakela, zakładając nogę na nogę. To wrażenie pływania i nieobecności zostało całkowicie przecięte. Siedział teraz skupiony. Uważny. Jak przed przeciwnikiem.