07.01.2024, 21:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 21:41 przez Brenna Longbottom.)
Przytyk wobec Franka był trochę nieświadomy, bo Brennę raczej rozbawił ogromny entuzjazm ze strony Alice. A słomiany zapał dziewczynki nijak jej nie przeszkadzał – nawet jeżeli miała wziąć udział w jednej czy dwóch lekcjach, nie widziała powodów, by jej tego bronić, bo ta w końcu się znudzi. Brennie wystarczyło, że Frank starał się być rzetelnym uczniem.
W głębi ducha miała jednak szczerą nadzieję, że nigdy nie będzie musiał wykorzystywać tych umiejętności inaczej niż w ramach utrzymywania formy i przyjacielskich sparingów. Żadnego z nich nie chciała widzieć na pierwszej linii walki. I również gdzieś głęboko zdawała sobie sprawę, że bardzo prawdopodobnym jest, że gdy oni wejdą w dorosłość, Anglia nie stanie się ani trochę bezpieczniejszym miejscem.
– Frank ma trochę racji, ale myślę, że jeżeli już atakować z powietrza, to lepiej zaklęciami albo nawet pałką czy na upartego szablą. Szpada wymaga precyzji – stwierdziła Brenna z odrobiną rozbawienia, wyobrażając sobie pannę Greengrass wywijającą szabelką kilka metrów nad ziemią. – W każdym razie, na początek odpowiednie ułożenie ręki i ruchy nadgarstka.
Obserwowała ich spod lekko zmrużonych powiek. Patrzyła na te ruchy Franka, nagle nieśmiałe, niepewne, na szybko cofniętą rękę i gdzieś w niej narastało uczucie wobec tej dwójki. Cudowne dzieciaki. Gdyby tylko zawsze mogli być tak beztroscy, szczęśliwi i przede wszystkim bezpieczni. Niepotrzebnie martwiła się słowami Franka z Gabinetu Luster, obserwując ich teraz przecież nie potrzebowała umiejętności wuja Morpheusa, żeby wiedzieć, że ta dwójka prędzej czy później dojdzie do porozumienia. Nawet jeżeli nikt nie będzie próbował im pomóc. Jeśli nie teraz, to za kilka miesięcy, o ile zauroczenie nie wywieje Frankowi z głowy – ale w to Brenna wątpiła, bo większość członków ich rodziny, może poza Morpheusem właśnie, była dość stała w uczuciach…
– Świetnie. To teraz pozycja szermiercza – zakomenderowała, czekając aż Frank również sięgnie po swoją broń. – Uzbrojona ręka ugięta w łokciu. Przedramię równolegle do podłoża. Łokieć w ten sposób w stosunku do biodra. Szpada… w ten sposób, pozycja trzecia. Druga ręka do tyłu, stopa skierowana do przodu, druga prostopadle… – wyjaśniała Brenna, sama przyjmując odpowiednią pozycję. Frank to wszystko z pewnością już wiedział, ale przecież nie mogła od razu rzucić Alice przeciwko niemu. – Może się wydawać, że praca ręki jest kluczowa… – dodała i poruszyła szpadą. – Ale równie ważna jest praca nóg – dodała, prostując nagle ramię i dość energicznie przesuwając się do przodu. – To był wypad. Ale zaczniemy od kroków… – stwierdziła, zerkając na Alice, bo miała wrażenie, że odskoki, doskoki, nie mówiąc już o rzutach szermierczych, to byłoby na początek za wiele. Nawet z zawiązanymi butami. – O, w ten sposób – oświadczyła, bardzo wolno pokazując odpowiedni ruch.
W głębi ducha miała jednak szczerą nadzieję, że nigdy nie będzie musiał wykorzystywać tych umiejętności inaczej niż w ramach utrzymywania formy i przyjacielskich sparingów. Żadnego z nich nie chciała widzieć na pierwszej linii walki. I również gdzieś głęboko zdawała sobie sprawę, że bardzo prawdopodobnym jest, że gdy oni wejdą w dorosłość, Anglia nie stanie się ani trochę bezpieczniejszym miejscem.
– Frank ma trochę racji, ale myślę, że jeżeli już atakować z powietrza, to lepiej zaklęciami albo nawet pałką czy na upartego szablą. Szpada wymaga precyzji – stwierdziła Brenna z odrobiną rozbawienia, wyobrażając sobie pannę Greengrass wywijającą szabelką kilka metrów nad ziemią. – W każdym razie, na początek odpowiednie ułożenie ręki i ruchy nadgarstka.
Obserwowała ich spod lekko zmrużonych powiek. Patrzyła na te ruchy Franka, nagle nieśmiałe, niepewne, na szybko cofniętą rękę i gdzieś w niej narastało uczucie wobec tej dwójki. Cudowne dzieciaki. Gdyby tylko zawsze mogli być tak beztroscy, szczęśliwi i przede wszystkim bezpieczni. Niepotrzebnie martwiła się słowami Franka z Gabinetu Luster, obserwując ich teraz przecież nie potrzebowała umiejętności wuja Morpheusa, żeby wiedzieć, że ta dwójka prędzej czy później dojdzie do porozumienia. Nawet jeżeli nikt nie będzie próbował im pomóc. Jeśli nie teraz, to za kilka miesięcy, o ile zauroczenie nie wywieje Frankowi z głowy – ale w to Brenna wątpiła, bo większość członków ich rodziny, może poza Morpheusem właśnie, była dość stała w uczuciach…
– Świetnie. To teraz pozycja szermiercza – zakomenderowała, czekając aż Frank również sięgnie po swoją broń. – Uzbrojona ręka ugięta w łokciu. Przedramię równolegle do podłoża. Łokieć w ten sposób w stosunku do biodra. Szpada… w ten sposób, pozycja trzecia. Druga ręka do tyłu, stopa skierowana do przodu, druga prostopadle… – wyjaśniała Brenna, sama przyjmując odpowiednią pozycję. Frank to wszystko z pewnością już wiedział, ale przecież nie mogła od razu rzucić Alice przeciwko niemu. – Może się wydawać, że praca ręki jest kluczowa… – dodała i poruszyła szpadą. – Ale równie ważna jest praca nóg – dodała, prostując nagle ramię i dość energicznie przesuwając się do przodu. – To był wypad. Ale zaczniemy od kroków… – stwierdziła, zerkając na Alice, bo miała wrażenie, że odskoki, doskoki, nie mówiąc już o rzutach szermierczych, to byłoby na początek za wiele. Nawet z zawiązanymi butami. – O, w ten sposób – oświadczyła, bardzo wolno pokazując odpowiedni ruch.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.