Avelina też odczuła sytuację jaka działa się na ulicach Londynu. Sporo osób przychodziło po kupowanie zapasów eliksirów leczących, poprawiających samopoczucie, odtrutek na trucizny wszelkiego rodzaju. Widziała lęk w oczach ludzi, którzy wchodzili do apteki, jakby bali się robić tu zakupy. Zdawała sobie sprawę, że to miejsce mogło być w jakimś stopniu narażone, ale na razie nie dostrzegła niczego podejrzanego – albo nie chciała widzieć.
– Dam ci znać w takim razie, nie chciałabym spędzać świąt sama – odparła. Jakoś sobie poradzi w tłumie, prawda? Erik nie raz pomagał jej się oswoić z rozgardiaszem Longbottomów. Jeszcze miała wujka Otto i ciocie Josephine. Może ich powinna odwiedzić? Opcji nie było wcale mało. Gdy drzwi otworzyły się, a do środka wpadło chłodne powietrze, Avelina zaczęła mówić:
– Przepraszam, ale właśnie zamy… – uniosła głowę, a Brenna już toczyła się po ladzie wciągając ją pod nią. Z jej ust wydobyło się głośne piśnięcie, a jej ręka powędrowała do póki pod ladą skąd zgarnęła swoją różdżkę. W oczach dziewczyny majaczył strach, a w głowie przeszukiwała jakiegokolwiek zaklęcia, które mogłoby jej pomóc obronić się przed atakującym ją człowiekiem. Do głowy przychodziły jej tylko przepisy na eliksiry i zaklęcia transmutacyjne. Zacisnęła dłonie w pięść, ale zaraz tą z różdżką rozluźniła, tak aby ułożyć ją wygodnie do rzucania czarów tak jak uczył ją w szkole Stanley.
Spojrzała na Brenne oddychając nerwowo, nierówno i z delikatnym przestrachem. Jej oczy pytały wręcz, co ma robić. To Brenna miała większe doświadczenie w boju, lepiej sobie radziła z kształtowaniem magii. Avelina potrafiła zrobić kociołek jakiegoś wywaru, czasami żrącego, a czasami leczącego – w zależności od tego, co potrzebowała; potrafiła też zamienić kielich w łyżkę, a raz zamieniła Stanleyowi różdżkę w por.