07.01.2024, 23:20 ✶
- Gdybyś była głupia, to bym z tobą nie rozmawiał - zauważyłem. Krótko i prosto. Tak bardzo w typie dawnego, szkolnego Augustusa. Nie obawiającego się powiedzieć za wiele, nierozmyślającego dłuższą chwilę nad odpowiedzią. Po prostu. Niby pewnym siebie tonem, a jednak...
Kiedy wspominała znowu moją żonę i moje dzieci, coś we mnie ponownie pękało, krwawiło, sprawiało, że zdołowanie mieszało mi się ze wściekłością. I chciałem jej mówić, żeby o tym nie mówiła, żeby ich nie wspominała, żeby wyrzuciła ich ze swojej głowy, ale kiedy tylko zacząłem coś odpowiadać na jej słowa, spotkałem się w krótkim uciszeniem. O dziwo, zamknąłem się, bo wolałem nie mówić tego na głos, tego, co właśnie chciałem powiedzieć. Rodzina faktycznie była świętością, a Avelina dobrze robiła, kierując na nią moje myśli. Nie powinienem myśleć o niej, tylko o nich... Imogen myślała, że spędzam dzień w bibliotece, a zamiast tego tułałem się po Anglii z Aveliną u boku, niemalże doprowadziłem do zdrady, o ile już jej nie zdradziłem pocałunkami i namiętnością, która wisiała między nami. Powietrze było naelektryzowane, bynajmniej w chwilach, kiedy pozwalaliśmy sobie na krótkie zapomnienie, na myślenie o nas, a nie o odpowiedzialności. Chaos myśli i uczuć. Coś zrobić musieliśmy, podjąć jasną i zdecydowaną decyzję. Szybciej niż później.
Wolałem jednak to odkładać... I zapewne miało to mnie doprowadzić do zguby. ZGUBY.
Jednakże oderwałem swe myśli o tej utopii. Nie chciałem tego, a jednak wiedziałem, czułem, byłem świadom, tej jednej jedynej słusznej decyzji, którą oboje musieliśmy podjąć. Przełknąłem ślinę, z ledwością, próbując skupić się na tym witrażu, o którym opowiadała Avelina. Pamiętałem go, a właściwie pamiętałem, że mi również się on podobał, ale jego obraz już powoli zacierał się w mojej głowie. Ale fakt, było tam bardzo dużo magicznej zieleni, kiedy przenikało go światło księżyca.
- Mi też się on podobał - przyznałem na głos, właściwie szeptałem, jak gdyby było w tym coś tajemnego. Witraż jak witraż. Las jak las. Nasze spotkania... naszymi tajemnymi spotkania. W tak wielu różnych miejscach, jak gdyby Hogwart gotów był od wieków na ukrycie naszych nocnych schadzek. Teraz, z perspektywy czasu, tamto życie wydawało się być łatwiejszym. - Jeszcze więcej witraży było w łazience prefektów... Była tam... taka przyjazna syrena - odparłem, wspominając czasy, kiedy brałem długie kąpiele, czytałem w wodzie książki albo po prostu się relaksowałem. Nie musiałem się obawiać, że ktoś zakłóci mój spokój.
- Pewnie nie miałaś okazji tam być...? - zapytałem ją z ciekawością, ale obstawiałem, że nie miała okazji. Choć... może żyło jej się lepiej w Hogwarcie, kiedy mnie już tam nie było? Może była Prefektem albo co. Może miała chłopaka Prefekta. Albo przyjaciółkę. Lepiej by to była przyjaciółka.
Kiedy wspominała znowu moją żonę i moje dzieci, coś we mnie ponownie pękało, krwawiło, sprawiało, że zdołowanie mieszało mi się ze wściekłością. I chciałem jej mówić, żeby o tym nie mówiła, żeby ich nie wspominała, żeby wyrzuciła ich ze swojej głowy, ale kiedy tylko zacząłem coś odpowiadać na jej słowa, spotkałem się w krótkim uciszeniem. O dziwo, zamknąłem się, bo wolałem nie mówić tego na głos, tego, co właśnie chciałem powiedzieć. Rodzina faktycznie była świętością, a Avelina dobrze robiła, kierując na nią moje myśli. Nie powinienem myśleć o niej, tylko o nich... Imogen myślała, że spędzam dzień w bibliotece, a zamiast tego tułałem się po Anglii z Aveliną u boku, niemalże doprowadziłem do zdrady, o ile już jej nie zdradziłem pocałunkami i namiętnością, która wisiała między nami. Powietrze było naelektryzowane, bynajmniej w chwilach, kiedy pozwalaliśmy sobie na krótkie zapomnienie, na myślenie o nas, a nie o odpowiedzialności. Chaos myśli i uczuć. Coś zrobić musieliśmy, podjąć jasną i zdecydowaną decyzję. Szybciej niż później.
Wolałem jednak to odkładać... I zapewne miało to mnie doprowadzić do zguby. ZGUBY.
Jednakże oderwałem swe myśli o tej utopii. Nie chciałem tego, a jednak wiedziałem, czułem, byłem świadom, tej jednej jedynej słusznej decyzji, którą oboje musieliśmy podjąć. Przełknąłem ślinę, z ledwością, próbując skupić się na tym witrażu, o którym opowiadała Avelina. Pamiętałem go, a właściwie pamiętałem, że mi również się on podobał, ale jego obraz już powoli zacierał się w mojej głowie. Ale fakt, było tam bardzo dużo magicznej zieleni, kiedy przenikało go światło księżyca.
- Mi też się on podobał - przyznałem na głos, właściwie szeptałem, jak gdyby było w tym coś tajemnego. Witraż jak witraż. Las jak las. Nasze spotkania... naszymi tajemnymi spotkania. W tak wielu różnych miejscach, jak gdyby Hogwart gotów był od wieków na ukrycie naszych nocnych schadzek. Teraz, z perspektywy czasu, tamto życie wydawało się być łatwiejszym. - Jeszcze więcej witraży było w łazience prefektów... Była tam... taka przyjazna syrena - odparłem, wspominając czasy, kiedy brałem długie kąpiele, czytałem w wodzie książki albo po prostu się relaksowałem. Nie musiałem się obawiać, że ktoś zakłóci mój spokój.
- Pewnie nie miałaś okazji tam być...? - zapytałem ją z ciekawością, ale obstawiałem, że nie miała okazji. Choć... może żyło jej się lepiej w Hogwarcie, kiedy mnie już tam nie było? Może była Prefektem albo co. Może miała chłopaka Prefekta. Albo przyjaciółkę. Lepiej by to była przyjaciółka.