07.01.2024, 23:24 ✶
Cameron nic nie słyszał o żadnej szafce, w której zamieszkał wielki pająk. Może to i lepiej? Nie przepadał zbytnio za naturą i robactwem; efekt wakacyjnych wypraw z ojcem i rodzeństwem. Cud, że przez te wycieczki nie nabawił się arachnofobii. Co innego lęk wysokości. Zajęcia z latania w Szkole Magii i Czarodziejstwa były obowiązkowe, a Lupin zdecydowanie nie należał do hehe orłów z tego przedmiotu.
— A nie lepiej jest ręcznie? Bo tak jest dokładniej, czy c-coś w tym stylu? — Zamrugał zdziwiony. Przecież takie właśnie dostał zalecenia od tych salowych, które chwilę później wybyły do kafeterii. — Podobno p-pani woli jak sprzątamy na oddziale bez magii.
W jego oczach rozbłysły iskierki nadziei, gdy okazało się, że Bulstrode faktycznie wyzwoli go z okowów niewolniczych obowiązków. W końcu trochę gratyfikacji nareszcie kapka empatii! To było jasne: wyraźnie dostrzegała jego wartość dla tej placówki i jej zespołu studentów. Dlatego tak chętnie wzięła go teraz do pomocy. Ha! Może jednak nie była taką wredotę, za jaką ją do tej pory uważał? Był gotów przyjąć jakąkolwiek rolę, jaką tylko jego profesorka chciała mu przydzielić.
Miał czyścić narzędzia na sali operacyjnej? Jasne! Przygotować mikstury na następny dzień? Z przyjemnością! Pomóc z dokumentami na poranny obchód? Zrobi co w jego mocy. Cameron uśmiechnął się szeroko i przesunął wiadro z mopem na bok. Niestety, jego entuzjazm momentalnie opadł, podobnie jak kąciki jest ust, gdy Florence zdradziła mu pierwsze szczegóły jego zlecenia.
W najśmielszych snach nie wpadłby na to, że jego oferta pomocy sprawi, że będzie współuczestniczył w czymś, co... Cóż... Wyglądało na pierwszy rzut oka jak morderstwo. Kto by pomyślał, że jedna z naczelnych uzdrowicielek Londynu okaże się prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie? I to słownictwo! Eksterminacja, jakby chodziło o jakieś robactwo, pomyślał bezwiednie, aby chwilę później wzdrygnąć się mimowolnie. Jak zwykle, z deszczu pod rynnę.
— E-eksterminacja? — Otworzył usta ze zdziwienia. Na własnej skórze doświadczył, że humorki co poniektórych gości Szpitala św. Munga mogły podnieść komuś ciśnienie, ale przez myśl by mu nie przeszło, aby rozwiązywać tego rodzaju kwestie przy pomocy różdżki. Ktoś musiał poważnie nacisnąć jej na odcisk. — P-powinienm pójść p-po jakąś ło-łopatę?
Serce zaczęło bić mu szybciej. Bulstrode nie należała do najprzyjemniejszych osób z kadry szpitala, ale nie była kompletną wariatką. Tyle lat pracowała w zawodzie, że musiała wiedzieć, na czym polega zasada pod tytułem "każda akcja rodzi reakcje"! Nie mogła tak po prostu machnąć różdżką i pozbyć się pacjenta lub rywala, który sprzeciwił się jej podczas ostatniego zebrania. To tak nie działało! Będzie śledztwo, przyleci Brygada Uderzeniowa, a on będzie w samym środku tego szamba! Heather będzie go przesłuchiwała, a potem pewnie jeszcze Brenna.
— Czy t-to na p-pewno dobre rozwiązanie? — rzucił Lupin, starając się nie zostać w tyle. Profesorka mogła mieć obcasy, ale biegała w nich, jakby ćwiczyła do maratonu. Być może maratonu uciekania przed Brygadzistami i Aurorami? — Cz-czasami wystarczy po prostu p-porozmawiać! Nie trzeba od razu nikogo zabijać! — Zaczął tarmosić między palcami rąbek szaty służbowej. — Proszę pomysleć o s-skandalu, o p-pani karierze!
Czy to była jakaś kara od losu za to, co się wydarzyło w chacie tej przebrzydłej wiedźmy w Kniei Godryka? Teoretycznie pomógł pozbawić tam kogoś życia. Wprawdzie nie postrzegał tego w kategoriach morderstwa, ale cholera wie, jak inni by na to spojrzeli. Czy Matka Natura albo inne bóstwo postanowiło sprawdzić, czy Cameron będzie gotów po raz drugi zrobić coś podobnego. Spojrzał z przestrachem na Florence, jednak zaraz odwrócił wzrok. W gruncie rzeczy nie był facetem o wyjątkowo mocnej sile woli.
Poczuł gulę w gardle, gdy zatrzymali się przed schowkiem na miotły. Przełknął głośno ślinę, zatrzymując się niecałe pół kroki za Florence. Czy to tam zamknęła swoją ofiarę? Kto to był? Pacjent, który ją zwyzywał podczas badania? Ordynator? Zerkał kątem oka na swoją towarzyszkę. Kogo byłaby w stanie zlikwidować w hierarchii tego cholernego szpitala? Na Merlina, nie na taką patologię się pisałem, pomyślał, czując, że zaczyna się stresować. Trzeba było zostać jakimś znachorem albo zastąpić pielęgniarkę w Skrzydle Szpitalnym w Hogwarcie.
— N-niedobrze mi — przyznał, łapiąc się za brzuch z krzywą miną. — Czy n-naprawdę musimy to robić? Są przecież p-pokojowe wyjście! Możemy pójść do k-kogoś wyżej, złożyć jakąś skargę i... wszystko się samo rozwiąże!
— A nie lepiej jest ręcznie? Bo tak jest dokładniej, czy c-coś w tym stylu? — Zamrugał zdziwiony. Przecież takie właśnie dostał zalecenia od tych salowych, które chwilę później wybyły do kafeterii. — Podobno p-pani woli jak sprzątamy na oddziale bez magii.
W jego oczach rozbłysły iskierki nadziei, gdy okazało się, że Bulstrode faktycznie wyzwoli go z okowów niewolniczych obowiązków. W końcu trochę gratyfikacji nareszcie kapka empatii! To było jasne: wyraźnie dostrzegała jego wartość dla tej placówki i jej zespołu studentów. Dlatego tak chętnie wzięła go teraz do pomocy. Ha! Może jednak nie była taką wredotę, za jaką ją do tej pory uważał? Był gotów przyjąć jakąkolwiek rolę, jaką tylko jego profesorka chciała mu przydzielić.
Miał czyścić narzędzia na sali operacyjnej? Jasne! Przygotować mikstury na następny dzień? Z przyjemnością! Pomóc z dokumentami na poranny obchód? Zrobi co w jego mocy. Cameron uśmiechnął się szeroko i przesunął wiadro z mopem na bok. Niestety, jego entuzjazm momentalnie opadł, podobnie jak kąciki jest ust, gdy Florence zdradziła mu pierwsze szczegóły jego zlecenia.
W najśmielszych snach nie wpadłby na to, że jego oferta pomocy sprawi, że będzie współuczestniczył w czymś, co... Cóż... Wyglądało na pierwszy rzut oka jak morderstwo. Kto by pomyślał, że jedna z naczelnych uzdrowicielek Londynu okaże się prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie? I to słownictwo! Eksterminacja, jakby chodziło o jakieś robactwo, pomyślał bezwiednie, aby chwilę później wzdrygnąć się mimowolnie. Jak zwykle, z deszczu pod rynnę.
— E-eksterminacja? — Otworzył usta ze zdziwienia. Na własnej skórze doświadczył, że humorki co poniektórych gości Szpitala św. Munga mogły podnieść komuś ciśnienie, ale przez myśl by mu nie przeszło, aby rozwiązywać tego rodzaju kwestie przy pomocy różdżki. Ktoś musiał poważnie nacisnąć jej na odcisk. — P-powinienm pójść p-po jakąś ło-łopatę?
Serce zaczęło bić mu szybciej. Bulstrode nie należała do najprzyjemniejszych osób z kadry szpitala, ale nie była kompletną wariatką. Tyle lat pracowała w zawodzie, że musiała wiedzieć, na czym polega zasada pod tytułem "każda akcja rodzi reakcje"! Nie mogła tak po prostu machnąć różdżką i pozbyć się pacjenta lub rywala, który sprzeciwił się jej podczas ostatniego zebrania. To tak nie działało! Będzie śledztwo, przyleci Brygada Uderzeniowa, a on będzie w samym środku tego szamba! Heather będzie go przesłuchiwała, a potem pewnie jeszcze Brenna.
— Czy t-to na p-pewno dobre rozwiązanie? — rzucił Lupin, starając się nie zostać w tyle. Profesorka mogła mieć obcasy, ale biegała w nich, jakby ćwiczyła do maratonu. Być może maratonu uciekania przed Brygadzistami i Aurorami? — Cz-czasami wystarczy po prostu p-porozmawiać! Nie trzeba od razu nikogo zabijać! — Zaczął tarmosić między palcami rąbek szaty służbowej. — Proszę pomysleć o s-skandalu, o p-pani karierze!
Czy to była jakaś kara od losu za to, co się wydarzyło w chacie tej przebrzydłej wiedźmy w Kniei Godryka? Teoretycznie pomógł pozbawić tam kogoś życia. Wprawdzie nie postrzegał tego w kategoriach morderstwa, ale cholera wie, jak inni by na to spojrzeli. Czy Matka Natura albo inne bóstwo postanowiło sprawdzić, czy Cameron będzie gotów po raz drugi zrobić coś podobnego. Spojrzał z przestrachem na Florence, jednak zaraz odwrócił wzrok. W gruncie rzeczy nie był facetem o wyjątkowo mocnej sile woli.
Poczuł gulę w gardle, gdy zatrzymali się przed schowkiem na miotły. Przełknął głośno ślinę, zatrzymując się niecałe pół kroki za Florence. Czy to tam zamknęła swoją ofiarę? Kto to był? Pacjent, który ją zwyzywał podczas badania? Ordynator? Zerkał kątem oka na swoją towarzyszkę. Kogo byłaby w stanie zlikwidować w hierarchii tego cholernego szpitala? Na Merlina, nie na taką patologię się pisałem, pomyślał, czując, że zaczyna się stresować. Trzeba było zostać jakimś znachorem albo zastąpić pielęgniarkę w Skrzydle Szpitalnym w Hogwarcie.
— N-niedobrze mi — przyznał, łapiąc się za brzuch z krzywą miną. — Czy n-naprawdę musimy to robić? Są przecież p-pokojowe wyjście! Możemy pójść do k-kogoś wyżej, złożyć jakąś skargę i... wszystko się samo rozwiąże!