Każdy z Mulciberów wychowywał swoje dzieci na swoich zasadach. Każde z tych dzieci, dorastało w różnych w sumie warunkach, dyscyplinie. Każde z nich szanowało swojego rodzica na swój sposób. Nie każde musiało to otwarcie udowadniać.
Richard nie bywał w tym domu codziennie. Nie zamieszkał na powrót po śmierci ojca, choć miał taką możliwość. Nic dziwnego, że bratanicy mogło zdawać się z nim rozmawiać trudniej. Nawet, jeżeli wyglądem, przypominał jej ojca. To jednak z charakteru i działań mogli się różnić.
Podziękowała, ale wzrok miała utkwiony w złamanym kadzidle. Jeżeli chciała zapalić, mogła poprosić o ogień. Z tym tutaj problemu nie było, skoro Richard palił papierosa, to i miał przy sobie zapalniczkę.
Słowa Margaret były zastanawiające, a także zaskakujące. Zmarszczył lekko brwi, ukazując zainteresowanie jej słowami. Że odważyła się żyć tego słowa.
- Stłamszona?Zapytał dla potwierdzenia tego co usłyszał, licząc na rozwinięcie swojej myśli. Czy rzeczywiście tak było? Tak się tutaj czuła? A mimo tych słów, mówi że czuje się swobodnie? Poprawiła się tak, jakby chciała usprawiedliwić wcześniejszy zły dobór słownictwa.
Rodzina w komplecie. Cieszyła się na powrót ojca i Henrietty. Ale czy to były szczere słowa? Mogła zostać tak wychowana, żeby tak określać swoją rodzinę. Nie Richardowi to oceniać. Nie zmienia to faktu, że każde dziecko potrzebowało rodzica. Jego zrozumienia i akceptacji. Niekoniecznie czułości i głaskania. Richard tego nie miał. Czy wszystko będzie mogło wrócić do normalności? Trudno powiedzieć. Dla Margaret pewnie tak, nieświadomej tego, co działo się w ostatnim czasie.
- Brakowało Ci ich przez ten ostatni miesiąc?Zapytał na zasadzie ”tęsknoty”, czy ją odczuwała, skoro wspomniała o radości z ich powrotu. Czy tak było, co jednak mogło trochę mu kolidować z wypowiedzianym wcześniej słowem ”stłamszona”.
- Dla jednych są na wyciągnięcie ręki i mogą spełnić je od razu. Inni z kolei muszą czekać latami, albo samodzielnie zapracować na ich realizację.
Wyjaśnił ze spokojem, udzielając odpowiedzi na jej pytanie o marzeniach. I to nawet na bazie własnego doświadczenia. Nie spodziewał się jednak takiego rozwoju tematu, gdzie dziewczyna pociągnie to pod emocje i cechę szczęścia. Czy było szczęście? Czy istniało ono w słowniku rodziny Mulciber? Według Richarda szczęściem nie jest zamierzanie do celu, zakładanie rodziny. To był obowiązek. Cel.
Pytania jakie od niej dostał, nie spodziewał się. Ale przypomniało mu dlaczego rzadko rozmawiał z wróżbitami. Potrafią za dużo widzieć lub dostrzec. Albo udają, że dużo wiedzą.
Czy on był szczęśliwy opuszczając dom rodzinny? Tak. I nie.Tak, gdyż uwolnił się od ojca. Nie, ponieważ był z dala od rodzeństwa.
Czy spełnił swoje marzenie? Tak. I nie.
Tak, został aurorem. Nie, bo musiał to marzenie spełnić z dala od swojej rodziny. Ojciec nie dał mu żadnej szansy.
- Nie byłem. Ale marzenie spełniłem.
Odparł nie zamierzając w tym przypadku kłamać. W ich rodzinie nie było to żadną tajemnicą.