Uśmiechnęła się pod nosem.
– To nie żadne figle. Jak geny mają mało opcji do wyboru, to muszą się umacniać te złe, no nie ma innej siły. To nie jest żadna tajemnicza dziedzina, ani żadna… żadna czarna magia – westchnęła. – Natomiast jeśli chodzi o zdolności do władania magią… Gwarantuję ci, że jakby prześledzić rodowody mugolaków, to gdzieś daleko pojawi się inny czarodziej, choćby tylko jeden – a magia… była pewnego rodzaju życiem. Mówiła do ludzi, tylko trzeba było wiedzieć, jak ją słuchać. Gdy Ginevra wróżyła, to znaki, jakie widziała, to nie był wymysł jej wyobraźni ani gadanie byleczego. One tam były. To magia pokazywała je tym, którzy chcieli i potrafili patrzeć. Ale nie zamierzała Cathala nawracać na Jedyną Słuszną Ścieżkę. Po pierwsze wiedziała, że jest sceptykiem, po drugie to była jego sprawa, a jego niewiara nic nie zmieniała, po trzecie – wcale jej się nie chciało. I nie, nie słyszała o Gauntach, ani tym bardziej nie wiedziała, że Cathal ma z nimi coś wspólnego. Nic to nie zmieniało – może prócz tego, że tym bardziej powinien uważać z kim się wiąże i im dalej od koryta tym lepiej dla niego. Paradoksalnie Meropa Gaunt zrobiła najlepsze co mogła (tylko wykonanie było gówniane).
– Wiem, rozumiem. Cóż, nie jest to nasz problem, ale pewnie przyszłych pokoleń już będzie, kiedy niemowlaki przestaną dożywać wieku dziecięcego, bo będą zbyt słabe – kto wie, może zaleje ich fala charłactwa? Albo gorzej? Ale ich już tutaj nie będzie – a świat czarodziejów w Anglii miał czas się otrząsnąć i przejrzeć na oczy. Ginevra nie zamierzała jednak robić żadnej krucjaty, ot, rozmawiała o tym z Shafiqiem, bo tak akurat wyszło. Nie wiedziała nawet, jak blisko uderzyła. Sama nie była wielką fanką mugoli, chociaż do mugolaków nic nie miała.
– Nie? – zdziwiła się, bo to było jedyne sensowne wytłumaczenie, by dziewczyna umarła w szkole. A potem, gdy blondyn rozwinął myśl, to aż sobie zakryła usta dłonią. – Ktoś ją… Ktoś ją zamordował? W szkole? – aż wytrzeszczyła oczy na Cathala, ale zaraz odjęła dłoń od ust. – Czy tak się czegoś wystraszyła, że zmarła na atak serca… W tak młodym wieku, coś strasznego – jakoś jakaś część jej umysłu nie chciała przyjąć do wiadomości, że ktoś po prostu w szkole ją umyślnie z a b i ł. Jak? Jak to możliwe? Bo kto by do tego w ogóle dopuścił?
Ginevra sama nie była pewna czym miało być w przeszłości pomieszczenie, w którym się znaleźli. Małe, jak na wielkość całości dworu, ogołocone ze wszystkiego.
– Hmpf, miotły – burknęła. – Nie wiem co za masochista wymyślił miotły, one nadają się tylko do zamiatania – jeszcze kobiety na tych miotłach… jak cię mogę, ale mężczyźni? Ginevra zawsze się zastanawiała jakim cudem faceci grający w Quidditcha mogą tyle wytrzymać na tym patyku pomiędzy nogami. I czy nie mają problemu z potencją, skoro zgniatają swoje klejnoty rodowe czasem kilka godzin, bo jak tu się komfortowo ułożyć… – Nie obrażaj mnie w ten sposób – Ginevra nie potrzebowała żadnej miotły. I żadnego teleportowania się, o nie. Cathal raczej tego nie wiedział… chyba, ze mu się kiedyś Jamil wygadał, ale Ginny potrafiła ze swoim ciałem zrobić różne sztuczki – i latać też potrafiła. Uwielbiała to. Teraz jednak sama spoglądała przez dziurę w suficie, a potem na te liche schody, które od środka chyba przeżarły już korniki. Wyglądała, jakby robiła w głowie jakieś skomplikowane obliczenia. Jak kot, którzy mierzy, czy będzie w stanie gdzieś wskoczyć.