Nigdy nie oczekiwał komentarzy od osób otrzymujących wróżbę, zwłaszcza w kontekście tarota, ponieważ ten lubił wbijać szpileczki w bardzo oczywisty sposób, naśmiewać niemal naiwność tych, którzy przychodzą po ich radę w rozkładzie. Spotkanie z własną przyszłością stanowiło intymny proces, któremu on jedynie pośredniczył, stawał się szafarzem sakramentu losu. Mógł jedynie miękko naprowadzić na odpowiedni tor wnioski, niczym dłoń zanurzona w stawie, zagarniająca ławicę kolorowych rybek z dala od szuwarów, w których czycha wygłodniałe ptactwo życiowych potknięć i przeszłości.
Wziął od Brenny naczynie po herbacie, rozejrzał się za jakimś podstawkiem, znalazł paterkę po owocach. Postawił na niej kubek do góry dnem, nie chciał dodawać Malwie pracy, w swoim pokoju miał kilkanaście specjalnych filiżanek ze spodkami do tego celu, obrócił jego uchem pełne trzysta sześćdziesiąt stopni i wywrócił na nowo w prawidłową pozycję. Zajrzał do fusów i parsknął.
— To pies. Najwierniejszy z przyjaciół.
Podczas wydarzeń, które opisywała Brenna Morpheus był nastolatkiem. W roku słynnego pojedynku Dumbledore'a uczył się w przedostatniej klasie Hogwartu i z pisał zaniepokojone listy do rodziny, gdy tylko coś większego się działo. Martwił się o roczną Brennę, o małego Erika, o ciężarną siostrę, bo w głębi duszy wiedział. Nawet gdy znajdował się setki mil od nich, w murach Hogwartu, nie czuł ich bezpieczeństwa tak jak niektórzy. Dla niego szkoła nie mogła zagwarantować niczego, prędzej ochroni go nazwisko, ale tylko i wyłącznie w przypadku, gdy nie stanie po niewłaściwej stronie.
Teraz miał swoje potwierdzenie, tego co zawsze odczuwał. Iskierka zdrady błysnęła na jego twarzy, ale racjonalne myślenie prędko ją zagasiło. Wtedy potrzebowali wojowników. W czasach wojny z Voldemortem dało się poddać pod wątpliwość jego lojalność, w końcu pracował w Departamencie Tajemnic i był dziką kartą, czarnym koniem tego wyścigu. W każdej chwili mogli go stracić dla dzikiej magii, jaka kryła się w Komnatach w podziemiach Ministerstwa, a wizje nie były jasne.
Powstał ze swojego miejsca. Widocznie brak zmiany odzienia na mniej formalny strój również należało do przebłysków profetycznych. Przykląkł przy bratanicy na jednym kolanie i ujął jej dłonie, dłonie wojowniczki, które dokonywały heroicznych czynów, w swoje, duże dłonie wieszcza, naznaczone atramentem i przyszłością. Ciemne otchłanie jego wszystkowidzących oczu spotkały się z jaśniejszymi czarodziejki, a wtedy zadeklarował uroczyście:
— Jak długo moje oczy będą patrzeć, a uszy słyszeć, będą twoje, Brenno. Jak długo będę trzymać władzę nad czasem, tak długo będę przezeń skakać dla ciebie, jak długo będę widzieć to, co nadejdzie, będę patrzeć, nawet jeśli przyniesie mi to ból i trwogę