08.01.2024, 17:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2024, 17:34 przez Cathal Shafiq.)
Cathal nie uważał tych całych genów za czarną magię, ale zwyczajnie - uczył się w szkole o historii magii, nie genetyce i biologii. Nie rozumiał do końca, jak to wszystko działa i po prawdzie rozumieć nie chciał. Gdyby zaczął czytać o mugolskiej genetyce, zostałoby to w jego głowie już na zawsze, a ta i tak była zaśmiecona na tyle, że po wyjątkowo nudnych spotkaniach czy lekturach Shafiqowi zdarzało się zażywać eliksir zapomnienia.
Ginwera miała jednak rację, co do tego, że bardzo, bardzo uważnie powinien dobierać potencjalną partnerkę. Gdyby kiedyś zdecydował się na ślub (nie wykluczał tego zupełnie, chociaż raczej zakładał, że to nie nastąpi - zarówno ze względu na charakter, jak i szepty rozbrzmiewające w głowie, bo związki z Gauntami uważał za wyrok), podstawowym kryterium byłoby sprawdzenie, czy przypadkiem nie są spokrewnieni minimum trzy pokolenia wstecz.
- W przypadku niektórych rodów naturalne wymarcie to najlepsza możliwa droga - skomentował tylko, nieco sucho. To spotkało męską linię Gauntów. I ich żeńskie odnogi też pewnie wymrą prędzej czy później. Oby zabierając ze sobą na zawsze klątwę, która płynęła w ich krwi i diabelskie podszepty Slytherina.
- Mówiąc szczerze, nie jestem pewien. Gdybym miał zgadywać: tak, zamordowano ją. Szukałem o tym informacji i wtedy w szkole dochodziło do... niepokojących rzeczy, a ona wspominała o wielkich oczach, które zobaczyła przed śmiercią. Ale może doszukuję się czegoś, czego nie ma i naprawdę umarła ze strachu - odparł. Czy czternastolatka w ogóle mogła umrzeć ze strachu? Jeżeli tak, to historia Marty całkiem by do tego pasowała.
A jednak...
Cathal wciąż pamiętał tego węża, wymalowanego w łazience. Cichy głos Slytherina, rozbrzmiewający w głowie. Jego śmiech, raczej pełen zadowolenia niż czegokolwiek innego. Może istniał Dziedzic Slytherina, najwyraźniej bardziej oddany idei swego przodka niż Shafiq? Zmusiło go to do poszukiwań i uzyskane informacje pchały do Komnacie Tajemnic i uśpionej tam bezimiennej grozie.
- Mnie nie pytaj - odparł, już z pewnym rozbawieniem na jej słowa o miotłach. - Ostatni raz siedziałem na takiej dwadzieścia dwa lata temu.
Shafiq uczył się latania, jak każdy inny uczeń. Zdarzyło mu się potem na taką wsiąść parę razy, by się gdzieś przemieścić albo zagrać z kolegami. Ale nigdy nie był w tym szczególnie dobry, a potem stał się za wysoki i za ciężki. Jeżeli zaś szło o resztę przemyśleć - pewnie mógłby wspomnieć, że większość mioteł obkładano specjalnym zaklęciem, by siedzenie na nich nie było aż tak niewygodne, ale ani nie wiedział, co myślała, ani nie był fanem ani latania, ani quidditcha, więc i nie chciałoby mu się ich bronić.
Zerknął na nią, kiedy zaczęła przyglądać się schodom i piętru. Zdawało mu się, że dostanie się tam nawet jako kot będzie trudne, ale ona na pewno lepiej znała swoje możliwości, nie zamierzał więc się wtrącać. A o jastrzębiu, jeśli o tym milczała, nie wiedział, nie miał w zwyczaju zresztą próbować wyciągać z ludzi w pobliżu sekretów, póki nie zagrażały wykopaliskom.
Ginwera miała jednak rację, co do tego, że bardzo, bardzo uważnie powinien dobierać potencjalną partnerkę. Gdyby kiedyś zdecydował się na ślub (nie wykluczał tego zupełnie, chociaż raczej zakładał, że to nie nastąpi - zarówno ze względu na charakter, jak i szepty rozbrzmiewające w głowie, bo związki z Gauntami uważał za wyrok), podstawowym kryterium byłoby sprawdzenie, czy przypadkiem nie są spokrewnieni minimum trzy pokolenia wstecz.
- W przypadku niektórych rodów naturalne wymarcie to najlepsza możliwa droga - skomentował tylko, nieco sucho. To spotkało męską linię Gauntów. I ich żeńskie odnogi też pewnie wymrą prędzej czy później. Oby zabierając ze sobą na zawsze klątwę, która płynęła w ich krwi i diabelskie podszepty Slytherina.
- Mówiąc szczerze, nie jestem pewien. Gdybym miał zgadywać: tak, zamordowano ją. Szukałem o tym informacji i wtedy w szkole dochodziło do... niepokojących rzeczy, a ona wspominała o wielkich oczach, które zobaczyła przed śmiercią. Ale może doszukuję się czegoś, czego nie ma i naprawdę umarła ze strachu - odparł. Czy czternastolatka w ogóle mogła umrzeć ze strachu? Jeżeli tak, to historia Marty całkiem by do tego pasowała.
A jednak...
Cathal wciąż pamiętał tego węża, wymalowanego w łazience. Cichy głos Slytherina, rozbrzmiewający w głowie. Jego śmiech, raczej pełen zadowolenia niż czegokolwiek innego. Może istniał Dziedzic Slytherina, najwyraźniej bardziej oddany idei swego przodka niż Shafiq? Zmusiło go to do poszukiwań i uzyskane informacje pchały do Komnacie Tajemnic i uśpionej tam bezimiennej grozie.
- Mnie nie pytaj - odparł, już z pewnym rozbawieniem na jej słowa o miotłach. - Ostatni raz siedziałem na takiej dwadzieścia dwa lata temu.
Shafiq uczył się latania, jak każdy inny uczeń. Zdarzyło mu się potem na taką wsiąść parę razy, by się gdzieś przemieścić albo zagrać z kolegami. Ale nigdy nie był w tym szczególnie dobry, a potem stał się za wysoki i za ciężki. Jeżeli zaś szło o resztę przemyśleć - pewnie mógłby wspomnieć, że większość mioteł obkładano specjalnym zaklęciem, by siedzenie na nich nie było aż tak niewygodne, ale ani nie wiedział, co myślała, ani nie był fanem ani latania, ani quidditcha, więc i nie chciałoby mu się ich bronić.
Zerknął na nią, kiedy zaczęła przyglądać się schodom i piętru. Zdawało mu się, że dostanie się tam nawet jako kot będzie trudne, ale ona na pewno lepiej znała swoje możliwości, nie zamierzał więc się wtrącać. A o jastrzębiu, jeśli o tym milczała, nie wiedział, nie miał w zwyczaju zresztą próbować wyciągać z ludzi w pobliżu sekretów, póki nie zagrażały wykopaliskom.