08.01.2024, 21:26 ✶
Kuuurwaaa! Dokładnie, piękne i siarczyste kurwa! I na dodatek nie wydobyło się z mojej niezadowolonej, zaspanej mordy, bo wpierw kląłem sobie w myślach, zbierałem fakty, powiązania w tej swojej mądrej główce, też w międzyczasie uspokajałem się, że to nie poprawka z czasów dzieciństwa, gdzie to mój doskonały, przeuroczy Senior Padre Aurelius wysłał mnie na zesłanie do Durmstrangu, a tam poranki były gwałtowne, wstrętne, bezduszne. HADES! Tak, też tak na mnie wołano. Albo MCKINNON! Też z taką potęgą, aczkolwiek bardziej męskim głosem, a nie dziecinnie-smarkato-damskim.
- Kurwa! - poprawiłem się już głośno, bo się jednak nie odchrzaniła ta pszczoła paskudna. Która to była godzina? Nieprzepisowa na pewno. - Masz ty swoje życie czy cię po prostu posrało, Ambrosia?! - zapytałem ją, bo oczywiście jak na młodszą siostrę przystało, to musiała być wielce porządnicka i truć mi dupę, żebym się ogarnął, kiedy byłem ogarnięty po stokroć bardziej niż ona. Po prostu na inny sposób, którego nie rozumiała.
Przetarłem oczy i zamrugałem kilka razy, ale to była tylko chwila mojej niewinności, bo zaraz spojrzałem na nią jak na wariatkę. Gdyby ktoś mnie pytał, to tak, Ambrosia McKinnon była wariatką, trzepniętą młodszą siostrą, którą właśnie zesłało na mnie oboje rodziców. Ileż ja im zawdzięczałem... Pal licho!
- Nie będę jej odwiedzał. Daj mi spokój. Patrzy na mnie, jakby zobaczyła ducha, i się tak we mnie wpatruje i patrzy, że mnie to totalnie krępuje, poza tym mam ważniejsze sprawy na głowie - stwierdziłem, właśnie rozważając, czy zapalić papierosa przed śniadaniem, czy może jednak po śniadaniu, czy lepiej przed i po śniadaniu, żeby się zanadto nie ograniczać. I fajnie, bo w końcu nadeszły dobre informacje, że ta zrzęda wyjeżdżała! Święto!
- Przez jakiś czas to ile...? - zapytałem ją, bo tylko to do mnie właściwie dotarło. Nie wiem, co mogło jej chodzić po głowie, że burdel... - Wiesz, co wczoraj wysrałem, siska? Byka. Albo barana...? Cóż, co to może znaczyć??? - dodałem tak dla sportu, w ramach braterskiej złośliwości. Ceniłem sobie te jej czary-mary, przewidywanie przyszłości i te błyskotliwe rady, bo nie raz przygotowały mnie psychicznie na najgorsze, ale jednak teraz prosiła się o wszystko co najgorsze. Ja to jej zrobię burdel... Taki burdel, jakiego to nie widziało jej serce drogie.
Wstałem z kanapy, ciskając kołdrę na stolik. Tuż obok szklanki po wodzie. Jaki idealny porządek. Wszystko miało swoje miejsce! I wzruszyłem sobie ramionami. Czasami za bardzo przypominała mi Felicity. Trelawneyki z krwi i kości. I duszy też.
- Kurwa! - poprawiłem się już głośno, bo się jednak nie odchrzaniła ta pszczoła paskudna. Która to była godzina? Nieprzepisowa na pewno. - Masz ty swoje życie czy cię po prostu posrało, Ambrosia?! - zapytałem ją, bo oczywiście jak na młodszą siostrę przystało, to musiała być wielce porządnicka i truć mi dupę, żebym się ogarnął, kiedy byłem ogarnięty po stokroć bardziej niż ona. Po prostu na inny sposób, którego nie rozumiała.
Przetarłem oczy i zamrugałem kilka razy, ale to była tylko chwila mojej niewinności, bo zaraz spojrzałem na nią jak na wariatkę. Gdyby ktoś mnie pytał, to tak, Ambrosia McKinnon była wariatką, trzepniętą młodszą siostrą, którą właśnie zesłało na mnie oboje rodziców. Ileż ja im zawdzięczałem... Pal licho!
- Nie będę jej odwiedzał. Daj mi spokój. Patrzy na mnie, jakby zobaczyła ducha, i się tak we mnie wpatruje i patrzy, że mnie to totalnie krępuje, poza tym mam ważniejsze sprawy na głowie - stwierdziłem, właśnie rozważając, czy zapalić papierosa przed śniadaniem, czy może jednak po śniadaniu, czy lepiej przed i po śniadaniu, żeby się zanadto nie ograniczać. I fajnie, bo w końcu nadeszły dobre informacje, że ta zrzęda wyjeżdżała! Święto!
- Przez jakiś czas to ile...? - zapytałem ją, bo tylko to do mnie właściwie dotarło. Nie wiem, co mogło jej chodzić po głowie, że burdel... - Wiesz, co wczoraj wysrałem, siska? Byka. Albo barana...? Cóż, co to może znaczyć??? - dodałem tak dla sportu, w ramach braterskiej złośliwości. Ceniłem sobie te jej czary-mary, przewidywanie przyszłości i te błyskotliwe rady, bo nie raz przygotowały mnie psychicznie na najgorsze, ale jednak teraz prosiła się o wszystko co najgorsze. Ja to jej zrobię burdel... Taki burdel, jakiego to nie widziało jej serce drogie.
Wstałem z kanapy, ciskając kołdrę na stolik. Tuż obok szklanki po wodzie. Jaki idealny porządek. Wszystko miało swoje miejsce! I wzruszyłem sobie ramionami. Czasami za bardzo przypominała mi Felicity. Trelawneyki z krwi i kości. I duszy też.