Nie można było być dobrym i biegłym w każdej dziedzinie życia. Tak jak Ginevra nie rozumiała starożytnych run, albo nie była żadną klątwołamaczką, tak Cathal nie miał w sobie odpowiedniej wrażliwości, by widzieć znaki podsuwane przez sploty magii, albo guzik się znał na medycynie. Nie musiał się znać – wystarczało, że ona się znała, a podchodziła do wszystkich swoich zainteresowań bardzo poważnie (i do pracy też… ale miała to szczęście, że praca również była jej zainteresowaniem). Miała też dość mocno otwarty umysł; może musiała go mieć, by się jakoś odnaleźć na zupełnie innym kontynencie, w innej kulturze (w pewnym sensie), choć z pewnością profitowało to, że miała tak mieszaną rodzinę.
– Zawsze szkoda i nieodżałowana strata – odparła spokojnie, rozglądając się po ścianach, z których już dawno zeszła farba, a teraz zostały tylko gołe mury i gdzieniegdzie jakieś ostatnie strzępki dawnej świetności. – Ciekawe czy to się stało z rodem Cape. Czy wymarli naturalnie, czy może jednak ktoś im w tym dopomógł – osobiście skłaniała się bardziej ku… drugiej opcji. Dworek chyba nagle podupadł, to, co stało się z Fioną było bardzo dziwne, Cathal mówił, że nie kojarzy tego rodu.
– Wielkie oczy? – Ginevra też zrobiła teraz wielkie oczy na Cathala, choć nie po to, by go wzrokiem spiorunować czy spetryfikować, a ze zdziwienia. – W szkole? – ach ten Hogwart, taki przereklamowany. W Uagadou nie mieli takich sensacji, szkoła była o wiele większa i najwyraźniej była znacznie bezpieczniejsza… O ile rzecz jasna teoria o tym, że Marta została zamordowana, była prawdziwa. – Cóż, chyba się mówi, że strach ma wielkie oczy… – powiedziała to dość niepewnie, bo akurat to Jamil z ich duetu radził sobie znacznie lepiej z tematami spirytystycznymi, niż ona. – Może to tylko głupia metafora tego ducha… Wiesz, ile miała lat, jak zmarła? – to była kolejna ciekawości i nie było jej to nijak potrzebne do szczęścia, ale skoro już gadali o tak młodych duchach… – Ciekawe co ją zatrzymało w tym zawieszeniu – może wyrównanie rachunków? Może ktoś ją po prostu wystraszył na śmierć, może to był tylko głupi kawał, który poszedł bardzo, baaardzo źle?
– No ja też jakoś tak – odparła. – Quidditch nigdy mnie nie ciągnął, a są lepsze sposoby na latanie niż wciskający się w dupsko kij. To bardzo pasuje do Anglików, bez urazy – odparła szybko i zamrugała do Shafiqa trzy razy jak niewiniątko, którym rzecz jasna nie była ani trochę. Ale Cathal przełamywał ten stereotyp swoim bezczelnym i bardzo bezpośrednim nieraz zachowaniem, był takim powiewem świeżości – i chyba dlatego tak go polubiła. Do tego stopnia, że czasami nie mogła się powstrzymać przed jakąś złośliwostką.
Ta druga forma animaga nie była jakąś wielką tajemnicą – na pewno nie w Egipcie, ale po prostu tak na co dzień i najczęściej sięgała po tą bardziej przyziemną, bo kota. Forma sokoła nie przydawała się tak często, bardziej na jej samotne wyprawy i wędrówki, kiedy chciała poczuć wiatr we… w piórach (dosłownie i w przenośni). Pewnie bardziej zaskakujące było w ogóle to, że opanowała dwie różne formy, a tym bardziej, że potrafiła zmieniać się tylko pośrednio. O tej drugiej formie nie chwaliła się na lewo i prawo, jeśli ktoś tego nie widział na własne oczy, albo od kogoś nie usłyszał, to nie wiedział.
Musiałaby wykonać kilka długich susów i odbić się w odpowiednich miejscach (może od pleców i głowy Cathala…), żeby zrobić taki skok, by dostać się na górę. I przez chwilę to rozważała, mierzyła, obliczała… jak najprawdziwszy kot, by ostatecznie lekko pokręcić głową. Ścisnęła różdżkę w dłoni i nie powiedziała ani słowa, ale jej ciało zaczęło się zmieniać, kurczyć, choć wcale nie po to, by ostatecznie na ziemi siedział kot. Nie – siedział sokół, ptak święty dla wierzeń starożytnych Egipcjan (zresztą równie święty, co koty…). Rozłożyła skrzydła i miękko odbiła się od podłoża, wzbijając się w powietrze i po chwili przeleciała nad schodami na górę. Przysiadła na piętrze, na podłodze, tuż obok dziury, przez którą jeszcze przed chwilą zerkali oboje i zresztą zaraz wsadziła do niej łeb.
I skrzeknęła na Cathala.