Uścisnął Ambrosię. Co prawda uścisk nie należał do niedźwiedzich, ale równie ciepłych, nawet jeśli bez względu na porę roku dłonie Morpheusa ziębiły. Kondolencje dotarły w tym samym czasie, co wieści o śmierci Derwina, ponieważ ostatnie pół roku czarodziej spędził na odludnej wysepce Simi w archipelagu Dodekanez, do której poczta docierała raz na kilka dni, wraz z promami turystycznymi lub handlowymi, transportującymi naturalnie wydobywaną tam gąbkę morską na Rodos. Wraz z grupą brytyjskich magiarcheologów badał miniaturowy kompleks świątynny, który przypominał zadziwiająco Delficką świątynię Apollina i posiadał swoją Pythię na długo po upadku starożytnych cywilizacji, w czasach gdy na wyspy greckie już wtargnęło chrześcijaństwo. Badali magiczność osób, zajmujących się tym miejscem i czarowskie praktyki, które zapomniano przez wieki.
— Cały ranek myślę o śmierci — oznajmił bez ogródek, wyciągając w stronę kobiety butelkę greckiego wina ze złotą wstążeczką dookoła szyjki, zawiniętą ślicznie w kokardkę. — Kiedy byłem na siódmym roku, każdemu mówiłem, że umrę młodo. Tymczasem dopadła mnie siwizna. Gdy umarła Aurora, zastanawialiśmy się, kto będzie pierwszy. Wszyscy mówili, że to będę albo ja, albo Jonathan. W końcu on ma już wnuka.
O samym sobie i powodach wytypowania nie musiał wspominać, bo McKinnon o nich wiedziała. Po pierwsze miał słabe zdrowie, a po drugie, pracował w Departamencie Tajemnic. Istniały powody, dla których tamtejsza pensja należała do jednej z najwyższych. Rekompensata za straty moralne, na duszy i ciele. I umyśle. Zazwyczaj to pierwsze i ostatnie. Pewnych historii nie opowiadał, bo wiązała go tajemnica Niewymownego, ale część mógł i zazwyczaj wiązało się to z czymś głupim oraz ucieczką w panice.
Usiadł na fotelu, zakładając nogę na nogę ze znajomą manierą. Gdyby byli w jego pracowni, teraz wyciągnąłby papierośnicę i zapalił papierosa, ale z szacunku do jej przestrzeni tego nie zrobił. Zapach kadzideł należał do jego ulubionych, zwłaszcza tych z drzewa sandałowego, z żywicą i liśćmi laurowymi. On sam pachniał wodą po goleniu, która oplatała pudrową wonią ciepła i dymu, kręcącego się pod sufitem.
— Mam nadzieję, że nie jesteśmy potępieni, jak dom Atrydów z greckich tragedii, bo nie ma już matek do zabicia, a jest zbyt wiele córek do złożenia w ofierze za pomyślny wynik wojny. Czy powinienem być wtedy Kasandrą, której nikt nie uwierzył czy Orestesem, który niesie dziedzictwo szaleństwa?