09.01.2024, 19:59 ✶
Nie tego się spodziewałem. Nie od wczoraj było wiadomo, że z Longbottomów byli uparci czarodzieje, tacy, co mieli fioła na punkcie prawa i porządku prawnego, i ogólnie raczej nie robiliby nic poza prawem albo w jakikolwiek sposób je naginając pod siebie, a tu... No proszę. Zabawy w prawo poza prawem... Młody narybek najwyraźniej wiedział lepiej od starych pryków, co to znaczyło żyć pełnią życia.
Chyba że to była podpucha, bo z tej Brenny Longbottom to był cichy psychopata. Spokojna, cicha, stonowana. Mógłbym rzec, że aż nazbyt idealna jak na przedstawicielkę młodszego pokolenia rodów czystokrwistych. Młodzi Prewetci z pewnością nie mieli w sobie aż takiej ogłady i bezbarwności, nawet moja kochana Pandorka, która to swoje miała za uszami, ale fakt faktem, że w towarzystwie dziecię potrafiło się zachować. Podobnie było pewnie z Brenną. Powierzchowna niewinna słodycz, a pod skórą...? Jakiś diabli pomiot.
Co nie zmieniało faktu, że obie opcje prowadziły mnie ku zatarciu się typowego stylu bycia dla Longbottomów. Myślę, że Longbottomy mieli w sobie aż tyle odpowiedzialności społecznej, że nie uciekaliby się do brzydkich zagrywek by mnie zdyskredytować. Poza tym nie widziałem powodów, dla których mogliby tego pragnąć w najbliższym czasie, phi. Chyba.
Poza tym bajka, którą mi opowiadała, miała sens. Już nie raz miałem do czynienia z ludźmi, którzy szukali sprawiedliwości w inny sposób, nie wierząc w instytucję Ministerstwa Magii. Nawet nie musiałem daleko szukać... Sam w nią nie wierzyłem!
- Słyszałem. Prawdziwa tragedia. Moje kondolencje, panno Longbottom - odparłem, wpatrując się w nią. Nie otrzymałem zaproszenia na pogrzeb, ale w sumie się nie dziwiłem. Słyszałem, że była to kameralna uroczystość i raczej dla przyjaciół.
Odchrząknąłem, bo jednakże nie byliśmy tu ze względu na jej zmarłego wuja, tylko... właśnie, czemu? Czyżby Brenna Longbottom zamierzała dołączyć do ciemniejszej strony biznesów rodu Prewettów? Co prawda, nie reklamowałem się z usługami w Proroku Codziennym, ale w pewnych kręgach pewne osoby swoje wiedziały. Szczególnie w prewettowskich kasynach, a Brenna właśnie wspominała coś o kartach...?
- Czy w związku z tym, dobrze rozumiem, że walkę ze Śmierciożercami traktuje panna, panno Longbottom, jako własną wróżdę? - zapytałem z zaciekawieniem, bo to brzmiało jak prawdziwa nowość, trochę niemieszcząca mi się w głowie, aczkolwiek z niemałą zazdrością stwierdziłem, że Lorek by takich kroków nie podjął, gdybym gryzł ziemię. Skuliłby się w sobie, zamknąć albo umarł w panice. Kto wie. Kochałem go i akceptowałem, ale niekiedy żałowałem, że nie ma w sobie więcej prewettowskiej iskry. Może kiedyś się ona w nim pojawi, a może nigdy.
A Brenna... Jak tak dalej pójdzie, to może zaproponuję jej herbatę?
Chyba że to była podpucha, bo z tej Brenny Longbottom to był cichy psychopata. Spokojna, cicha, stonowana. Mógłbym rzec, że aż nazbyt idealna jak na przedstawicielkę młodszego pokolenia rodów czystokrwistych. Młodzi Prewetci z pewnością nie mieli w sobie aż takiej ogłady i bezbarwności, nawet moja kochana Pandorka, która to swoje miała za uszami, ale fakt faktem, że w towarzystwie dziecię potrafiło się zachować. Podobnie było pewnie z Brenną. Powierzchowna niewinna słodycz, a pod skórą...? Jakiś diabli pomiot.
Co nie zmieniało faktu, że obie opcje prowadziły mnie ku zatarciu się typowego stylu bycia dla Longbottomów. Myślę, że Longbottomy mieli w sobie aż tyle odpowiedzialności społecznej, że nie uciekaliby się do brzydkich zagrywek by mnie zdyskredytować. Poza tym nie widziałem powodów, dla których mogliby tego pragnąć w najbliższym czasie, phi. Chyba.
Poza tym bajka, którą mi opowiadała, miała sens. Już nie raz miałem do czynienia z ludźmi, którzy szukali sprawiedliwości w inny sposób, nie wierząc w instytucję Ministerstwa Magii. Nawet nie musiałem daleko szukać... Sam w nią nie wierzyłem!
- Słyszałem. Prawdziwa tragedia. Moje kondolencje, panno Longbottom - odparłem, wpatrując się w nią. Nie otrzymałem zaproszenia na pogrzeb, ale w sumie się nie dziwiłem. Słyszałem, że była to kameralna uroczystość i raczej dla przyjaciół.
Odchrząknąłem, bo jednakże nie byliśmy tu ze względu na jej zmarłego wuja, tylko... właśnie, czemu? Czyżby Brenna Longbottom zamierzała dołączyć do ciemniejszej strony biznesów rodu Prewettów? Co prawda, nie reklamowałem się z usługami w Proroku Codziennym, ale w pewnych kręgach pewne osoby swoje wiedziały. Szczególnie w prewettowskich kasynach, a Brenna właśnie wspominała coś o kartach...?
- Czy w związku z tym, dobrze rozumiem, że walkę ze Śmierciożercami traktuje panna, panno Longbottom, jako własną wróżdę? - zapytałem z zaciekawieniem, bo to brzmiało jak prawdziwa nowość, trochę niemieszcząca mi się w głowie, aczkolwiek z niemałą zazdrością stwierdziłem, że Lorek by takich kroków nie podjął, gdybym gryzł ziemię. Skuliłby się w sobie, zamknąć albo umarł w panice. Kto wie. Kochałem go i akceptowałem, ale niekiedy żałowałem, że nie ma w sobie więcej prewettowskiej iskry. Może kiedyś się ona w nim pojawi, a może nigdy.
A Brenna... Jak tak dalej pójdzie, to może zaproponuję jej herbatę?