10.01.2024, 10:32 ✶
Camille uśmiechnęła się na tę uwagę, którą wygłosił Chester. Jestem całkiem dobrze zorientowany w kwestii liczących się w świecie czarodziejów rodzin... To sugerowało wiele. Po pierwsze, że mężczyzna jest czystej krwi, najpewniej z bogatszego rodu - w innym przypadku nie zaprzątałby sobie głowy rozmyślaniem o takich rzeczach. Ona również była zorientowana, ale, no właśnie, nie w Anglii. Obiecała sobie (nie wiedząc wtedy, że tę obietnicę będzie składać sobie jeszcze kilka razy w tym tygodniu), że to naprawi. Jeśli chodzi o tę kwestię, to była przekonana, że mogła liczyć na pomoc matki. Gorzej pewnie przyjdzie jej wyjaśnienie, po co jej ta wiedza i nagła zmiana zdania. Może powie, że ma urlop? Ale wtedy możliwe, że rodzice przypuszczą na Camille zmasowany atak z wielu frontów... Musi wymyślić coś innego. Bardzo chciałaby wrócić na chwilę do Francji - to nie kraj i ludzie byli powodem, dla którego uciekła na Wyspy, lecz jej własny ród.
Gdy wspomniał o wnukach, twarz Camille się rozjaśniła. Faktycznie, były tam. Zapomniała przez tego cholernego Traversa, to wspomnienie umknęło jej gdzieś na bok i się schowało tak, że nie mogła go z początku wysupłać. Kiwnęła więc głową, zmazując wrażenie osoby, która nie do końca rejestruje to, co się wokół niej dzieje (przynajmniej w swojej opinii), i sięgnęła po wino.
- Nieczęsto widuje się ludzi tak oddanych rodzinie - zauważyła z niejakim podziwem. Nie wiedziała jak wyglądało to u Chestera, ale patrząc na to, że poświęcał czas wnukom i odciążał własne dzieci w opiece, to... Brzmiało dobrze. Nawet jeśli robił to od święta. U niej tak nie było. Oczywiście że jej rodzice chcieliby wnuki, nie było co do tego wątpliwości. Ale patrząc na to, co działo się z jej rodzeństwem i jak ich dzieci tęskniły do dziadków, którzy wykorzystywali maluchy tylko po to, by chwalić się przed znajomymi, to świat Chestera naprawdę brzmiał w tej chwili jak bajka. Nawet jeśli Delacour dopowiedziała sobie sama kilka rzeczy. Chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy przyszedł kelner z zamówionym jedzeniem. Dobrze zapamiętał, kto zamawiał jakie danie. Wbrew pozorom nie zdarzało się to często, ludzie byli różni i potrafili się mylić nawet przy dwóch osobach. Camille lubiła doceniać osoby, które dobrze wykonywały swoją pracę - na razie jednak tylko podziękowała z uśmiechem, od którego na policzkach chłopaka pojawił się delikatny rumieniec. Niech poczuje się doceniony i wyróżniony, w końcu ją to nic nie kosztowało, a mu mogło poprawić humor na cały wieczór. No i... Gdy jesteś miły dla obsługi, traktują cię lepiej. To prosta zasada, znana na całym świecie w każdej branży usługowej.
- To prawda, czasem zdarzało mi się pomagać Ministerstwu, chociaż nie powiem, żeby to było nagminne w moim przypadku. Raczej traktują mnie jako opcję zapasową, mam za dużo własnych pacjentów w szpitalu, żebym mogła pozwolić sobie na rzucenie wszystkiego i ruszenie do Ministerstwa Magii, gdy tylko o to poproszą - albo każą. Prośby nie były raczej w ich stylu, chociaż zdarzały się osoby, szanujące granice, stawiane przez Camille. Sęk w tym, że Delacour była osobą bardzo trudną we współpracy i pytali o nią w chwilach, gdy naprawdę nie było nikogo innego. Nie dlatego, że była rozkapryszona - głównie dlatego, że była do bólu wręcz skrupulatna. Zadawała niewygodne pytania i nie ruszała dalej, póki nie udzielono jej na nie odpowiedzi. Ale trzeba było jej oddać, że nigdy nie pytała o rzeczy zbędne. Niektórym aurorom jednak wydawało się, że wystarczy posłać po medyka albo klątwołamacza, a ten rzuci okiem i będzie znał rozwiązanie. No nie, to tak nie działało, a na pewno nie w niej przypadku. Camille miała kilka sytuacji, w której niedokładny wywiad nieomal nie doprowadził do śmierci pacjenta - nie chciała powtórki. Jedzenie wystygło, Delacour z ciekawością odkroiła pierwszy, mały kawałek i włożyła go do ust. Musiała się chwilę zastanowić nad odpowiedzią na pytanie, które zadał Chester. Co ją do tego skłoniło...
- Myślę, że to po prostu był naturalny wybór w chwili, gdy zorientowałam się że konkretne przedmioty potrzebne do zdania egzaminów przychodzą mi z większą łatwością niż inne. Ciekawią mnie także różne przypadki medyczne, szczególnie te bardziej skomplikowane. Lubię spędzać nad nimi czas, na dodatek mam dobry kontakt z pacjentami. Rodzina uznała, że ta ścieżka kariery będzie najodpowiedniejsza, dlatego po skończeniu akademii wysłali mnie na staż w Londynie. To było tak dawno temu, że pamiętam to jak przez mgłę - co ciekawe z ust kobiety nie padło standardowe "lubię pomagać innym". Może uznała to za zbyt oklepane? A może po prostu było to dla niej sprawą drugorzędną? Lub uznała to za oczywistość. Bo nie wyglądała na kogoś, kto nie lubi innych ludzi: takie osoby zresztą nie były dobrymi uzdrowicielami, a Camille wspominała, że nie ma czasu. Nie miałaby pacjentów, gdyby była w tym kiepska. - Myślę, że to podobnie jak u ciebie. Ciekawość, chęć zmiany świata lub najbliższego otoczenia. Chyba że twoja ścieżka kariery została obrana z zupełnie innych powodów?
Na przykład rodzinnych. Albo po prostu nie było innego wyjścia, z tego co jednak Delacour się orientowała, w przypadkach takich jak ich trzeba było ogromu samozaparcia i dyscypliny, a także nauki, żeby osiągnąć cel. Więc ewentualna presja rodziny miałaby sens.
Gdy wspomniał o wnukach, twarz Camille się rozjaśniła. Faktycznie, były tam. Zapomniała przez tego cholernego Traversa, to wspomnienie umknęło jej gdzieś na bok i się schowało tak, że nie mogła go z początku wysupłać. Kiwnęła więc głową, zmazując wrażenie osoby, która nie do końca rejestruje to, co się wokół niej dzieje (przynajmniej w swojej opinii), i sięgnęła po wino.
- Nieczęsto widuje się ludzi tak oddanych rodzinie - zauważyła z niejakim podziwem. Nie wiedziała jak wyglądało to u Chestera, ale patrząc na to, że poświęcał czas wnukom i odciążał własne dzieci w opiece, to... Brzmiało dobrze. Nawet jeśli robił to od święta. U niej tak nie było. Oczywiście że jej rodzice chcieliby wnuki, nie było co do tego wątpliwości. Ale patrząc na to, co działo się z jej rodzeństwem i jak ich dzieci tęskniły do dziadków, którzy wykorzystywali maluchy tylko po to, by chwalić się przed znajomymi, to świat Chestera naprawdę brzmiał w tej chwili jak bajka. Nawet jeśli Delacour dopowiedziała sobie sama kilka rzeczy. Chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy przyszedł kelner z zamówionym jedzeniem. Dobrze zapamiętał, kto zamawiał jakie danie. Wbrew pozorom nie zdarzało się to często, ludzie byli różni i potrafili się mylić nawet przy dwóch osobach. Camille lubiła doceniać osoby, które dobrze wykonywały swoją pracę - na razie jednak tylko podziękowała z uśmiechem, od którego na policzkach chłopaka pojawił się delikatny rumieniec. Niech poczuje się doceniony i wyróżniony, w końcu ją to nic nie kosztowało, a mu mogło poprawić humor na cały wieczór. No i... Gdy jesteś miły dla obsługi, traktują cię lepiej. To prosta zasada, znana na całym świecie w każdej branży usługowej.
- To prawda, czasem zdarzało mi się pomagać Ministerstwu, chociaż nie powiem, żeby to było nagminne w moim przypadku. Raczej traktują mnie jako opcję zapasową, mam za dużo własnych pacjentów w szpitalu, żebym mogła pozwolić sobie na rzucenie wszystkiego i ruszenie do Ministerstwa Magii, gdy tylko o to poproszą - albo każą. Prośby nie były raczej w ich stylu, chociaż zdarzały się osoby, szanujące granice, stawiane przez Camille. Sęk w tym, że Delacour była osobą bardzo trudną we współpracy i pytali o nią w chwilach, gdy naprawdę nie było nikogo innego. Nie dlatego, że była rozkapryszona - głównie dlatego, że była do bólu wręcz skrupulatna. Zadawała niewygodne pytania i nie ruszała dalej, póki nie udzielono jej na nie odpowiedzi. Ale trzeba było jej oddać, że nigdy nie pytała o rzeczy zbędne. Niektórym aurorom jednak wydawało się, że wystarczy posłać po medyka albo klątwołamacza, a ten rzuci okiem i będzie znał rozwiązanie. No nie, to tak nie działało, a na pewno nie w niej przypadku. Camille miała kilka sytuacji, w której niedokładny wywiad nieomal nie doprowadził do śmierci pacjenta - nie chciała powtórki. Jedzenie wystygło, Delacour z ciekawością odkroiła pierwszy, mały kawałek i włożyła go do ust. Musiała się chwilę zastanowić nad odpowiedzią na pytanie, które zadał Chester. Co ją do tego skłoniło...
- Myślę, że to po prostu był naturalny wybór w chwili, gdy zorientowałam się że konkretne przedmioty potrzebne do zdania egzaminów przychodzą mi z większą łatwością niż inne. Ciekawią mnie także różne przypadki medyczne, szczególnie te bardziej skomplikowane. Lubię spędzać nad nimi czas, na dodatek mam dobry kontakt z pacjentami. Rodzina uznała, że ta ścieżka kariery będzie najodpowiedniejsza, dlatego po skończeniu akademii wysłali mnie na staż w Londynie. To było tak dawno temu, że pamiętam to jak przez mgłę - co ciekawe z ust kobiety nie padło standardowe "lubię pomagać innym". Może uznała to za zbyt oklepane? A może po prostu było to dla niej sprawą drugorzędną? Lub uznała to za oczywistość. Bo nie wyglądała na kogoś, kto nie lubi innych ludzi: takie osoby zresztą nie były dobrymi uzdrowicielami, a Camille wspominała, że nie ma czasu. Nie miałaby pacjentów, gdyby była w tym kiepska. - Myślę, że to podobnie jak u ciebie. Ciekawość, chęć zmiany świata lub najbliższego otoczenia. Chyba że twoja ścieżka kariery została obrana z zupełnie innych powodów?
Na przykład rodzinnych. Albo po prostu nie było innego wyjścia, z tego co jednak Delacour się orientowała, w przypadkach takich jak ich trzeba było ogromu samozaparcia i dyscypliny, a także nauki, żeby osiągnąć cel. Więc ewentualna presja rodziny miałaby sens.