• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent

[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
10.01.2024, 13:28  ✶  

Życie wmawiało nieszczęśnikom doznającym go, że istnieją dwie drogi - albo jesteś naiwnym idealistą, albo pokonanym realistą. Optymizm i pesymizm kryły się przed prawdziwymi wartościami, wszak były jedynie barwnikami życia. Sztucznymi smakami. Wolisz, aby twoje cierpienie smakowało jak lukrecje czy może karmel? Jednak Esmé nie pozwalał sobie myśleć, że jest idealistą i zabraniał sobie stania się realistą. Zdecydowanie był za to naiwny, chociaż jego naiwność kryła się w skomplikowanych elementach jego chaotycznego charakteru. We wmawianiu sobie pewnych formułek. Czasem nie musiał sam siebie przekonywać, właściwie częściej naprawdę wierzył w coś, co dla innych byłoby bzdurą dla naiwniaków.

Jak zatem dążyć do ideałów, nie będąc idealistą? Jak nie stać się realistą, widząc jak niepasujące do rzeczywistości były ideały? Jak nie zostać pokonanym przez tę świadomość i jak nie zaślepiać się naiwnością, wierząc w dziurawe postulaty?

Absurdalne? Oczywiście. Niewykonalne? W żadnym wypadku. Oto przed oczyma Laurenta zasiadał wynik tych rozmyślań i jednocześnie odpowiedź na te pytania. Esmé. Dziękujący przypadkowym czynnikom, że został właśnie rzemieślnikiem, bo to rzemiosło nauczyło go pracy z materiałem. Dostosowania go do swoich potrzeb. To samo dało się zrobić z ideałami.

Jakże banalnie było wskazać palcem na kogoś i ocenić go z własnej perspektywy - jesteś idealistą. Albo nie, jesteś realistą. Nie, tak naprawdę jesteś naiwnym hipokrytą. Oh, a może tak naprawdę, naprawdę, jesteś ignorantem? Błogosławieni ci, którzy zrozumieli, że Prawda tkwi w tym, czego nie obejmuje kłamstwo. Najwięcej Prawdy słychać było w ciszy po wypowiedzianym kłamstwie. Albo w absolutnej ciszy, gdy żadne kłamstwo nie było wypowiadane. Prawdy o drugim człowieku nie dało się samemu wypowiedzieć. Nigdy. Żadne zaklęcie nie potrafiło przetłumaczyć zawiłości ludzkiego umysłu, który definiował czym była Prawda. Dziecko nauczone, że dwa plus dwa równa się pięć nie będzie kłamało, nawet gdy przystawi mu się broń do głowy i zapyta jeszcze raz - "jesteś pewien, że nie cztery?". Prawdę miał każdy własną, a część z niej tkwiła właśnie w milczeniu. W rzeczach, o których Esmé nie mówił. O wiele rzeczy nie podejrzewano go chociażby dlatego, że w kwestii mówienia nie miał oporów. Był w końcu tym nonszaltem, który nie dbał o opinię innych. Mówił to, co chciał. Kiedy chciał. W sposób jaki chciał. Aż abstrakcyjnym mogło się wydawać podejrzewanie go, że coś ukrywa.

A jednak.

Nie, nie groziła mu utrata wszystkiego, bo "wszystko" właściwie zawdzięczał samemu sobie. Zresztą jego "wszystko" oznaczało drobny majątek odłożony na czarną godzinę, stertę ubrań, Beksę i pracownię wraz z wyposażeniem. Pozornie. Miał też drugie "wszystko", które było mniej namacalne, lecz było znacznie ważniejsze. Tym wszystkim było poczucie własnej tożsamości, własnej przynależności do tego świata, a nie bycie... po prostu elementem, który powinien zostać usunięty. Niczym ząb, który nie stał w rzędzie, a naprostowanie go nie było możliwe. I nie było w ogóle takiej możliwości, bo w tym rzędzie brakowało już dla niego miejsca.

Jak długo można kochać Prawdę, gdy sama jego egzystencja była kłamstwem? Jak długo dało się wmawiać sobie, że żyje zgodnie z Prawdą, gdy tylko garść ludzi tak naprawdę ją znała? W dodatku grono to było niemile widziane przez samego Esmé. Musiał dostosować swoje ideały do życia które wiódł. Które musiał wieść, aby nie postradać zmysłów, ani nie puścić się tej jednej liny, zdającej się trzymać go przy życiu. Nawet jeżeli zaciskała się na szyi. Jego definicja życia w Prawdzie musiała być inna, bo przecież ideały nie istniały. I zdecydowanie nie istniały dla niego.

Musiał kłamać, ale tylko innych. Nigdy siebie. Z sobą mógł żyć w szczerości i właśnie w tym zakotwiczył swój ideał Prawdy - Prawdy wobec siebie. Bo tylko ona istniała. Tylko ona miała znaczenie i wpływała na nasze życie bezpośrednio. W tym momencie aż prosiło się wytknąć mu, że przecież nie musi. Nic nie musi. Jeżeli chce, to może przestać kłamać i oddać się ogólnopojętej Prawdzie. Wszystko jest jeżeli chce. Poniekąd.

Bo jak żyć Prawdą, gdy samemu było się Fałszem?

Syn nieistniejącej matki i nieistniejącego ojca - zmarłych w niewydarzonych wydarzeniach. Rowle z przypadku, z uwikłania, z przymusu. Pod groźbą wydziedziczenia. Utraty namiastki tożsamości, którą posiadał. Od najmłodszych lat wpajane mu było, że nie może mówić o swej prawdziwej matce, o swej prawdziwej rodzinie. Gdyby nie magia, to już dawno zapomniałby jak wyglądała, ale i tak zdążył zapomnieć jak brzmiała i jak ciepłe były jej ręce. O ojcu, z drugiej strony, chciał zapomnieć. Mimo że żył, to był mu bardziej odległy, niż zmarła mama. Nie musiał zapominać jak brzmiał, w końcu ich relacja nie istniała, nie rozmawiali ze sobą latami, długimi latami. Nie zapominał ciepłego dotyku jego rąk, bo nigdy nie traktował go jak syna i nigdy się na nich nie znalazł. Nigdy za swojej pamięci. Cisnęło się na usta pytanie - dlaczego? Zatem dlaczego nie porzucił bycia Rowle? Skoro Prawda była taka ważna, a "rodzina" tak abstrakcyjna.

To było wszystko co miał. Przynależność gdzieś i do kogoś. Miejsce na świecie. Mógł być indywidualistą, którym zresztą był, ale potrzebował swoistych korzeni, do których mógł wrócić mentalnie, gdy było ciężko. Każdy statek musiał kiedyś zawinąć do portu, by zebrać zapasy i wyruszyć w dalszy rejs. Takie momenty nie zdarzały się często, ale zdarzały się i wychowany w specyficznym otoczeniu Esmé nie wyobrażał sobie świata bez tej mentalnej poduszki. Że chociaż nikt go nie chce, chociaż na tym świecie nie miał nikogo, to przynależał do Rowle. I tego nie mógł mu nikt zarzucić. Niezależnie od Prawdy i Fałszu. Nie był bezpańskim psem na ulicy, który tylko przeszkadzał wszystkim dookoła. Chociaż zdecydowanie przeszkadzał własnej "rodzinie". Nawet jeżeli, to czuli przymus swoistego zadbania o niego. Wiedział, że może nie darzą go uczuciami, nie martwią się o niego, ale pomogą mu, gdy jego sytuacja będzie naprawdę fatalna. Wszystko tylko dlatego, że był Rowle. Wciąż był Rowle. Nie często potrzebował tego oparcia, ale jakże satysfakcjonującym była świadomość, że ta obrzydliwa struktura rodzin magicznych, która groziła mu wydziedziczeniem jednocześnie stanowiła dla niego siatkę bezpieczeństwa. Niczym zakładnik, który w każdej chwili mógł umrzeć, ale bez niego... cóż, kryjący się za nim ludzie byli wystawieni na atak. Ta sama broń która celowała w niego, celowała również w jego "rodzinę". Jedyny sposób, by nie zostać zupełnie pokonanym.

A zatem musiał kłamać. Musiał być realistą, aby móc żyć ideałami. Musiał być hipokrytą, aby móc stać się naiwnym. Bo na tym świecie nie było perfekcji i nie było uniwersalnych prawd. Nie było uniwersalnych metod. Każdy musiał stworzyć swoją własną. Niczym ze szczęściem, które nie było do zdobycia, a do stworzenia. Rzemieślnictwo w tym pomogło - masz materiały, a teraz z nich stwórz. Stwórz coś na swoją miarę, na swój krój. Płaszcz okrzyknięty idealnym nie będzie leżał perfekcyjnie na każdym.

- Jaka szkoda, że nikt nie zapytał konia czy chce być na tej wystawie i czy jego piękno zawsze musi odbijać się w oczach ludzi, dla których jest tylko chwilową atrakcją. - odparł Esmé tonem żartobliwym, jakby to wszystko było tylko jakąś ich dziwną gimnastyką umysłową, w której badali umysł zwierząt. Czarodziej nie kupował tej wizji świata, jaką przedstawiał mu Prewett. Nikt nigdy go nie przekona, że jego wartość była wyznaczana poprzez innych. Nikt. Nigdy.

Podążał wzrokiem za gestami Laurenta. Za jego ręką, która znalazła się na oparciu fotela, za jego nogą, która została założona na drugą nogę, za jego dłonią, która to muskała perłę, to łańcuszek. Zupełnie jakby wcale go nie słuchał, a jedynie obserwował. Ale musiał słuchać, inaczej nie uśmiechnąłby się nieznacznie, gdy zostało zadane mu pytanie, na które natychmiastowo nie odpowiedział. Wiele myśli i słów musiało najpierw wybrzmieć, bo pewne rzeczy się nie zmieniały - Esmé dalej lubił jak Prewett mówił co myślał. Swoistą świętością było to, że właśnie jemu przyszło słuchać tych myśli i z nimi obcować. Niczym stałby się pomazańcem bożym. Albo i nie, bo on nie został wybrany. Ta pozycja wymagała obopólnej zgody.

- Tak, wierzę w to. - mruknął, nawiązując kontakt wzrokowy z Laurentem. - Żywy dowód mam przed oczyma. - dodał, wpatrując się z powagą w przyjaciela. Nie miał zamiaru tłumaczyć, bo nie było czego - to trzeba było samemu zobaczyć. Spojrzeć na cechy podziwiane u innych i zastanowić się - dlaczego? Dlaczego byli tacy piękni? Dlaczego byli tacy wartościowi? Co pchnęło ich do tych zachowań, które teraz podziwialiśmy? Nie zawsze był to ból, ale często był to ból. Czasem czyste cierpienie z powodu wstydu porażki, czasami rozpacz z powodu straty, czasami drażliwe rozczarowanie wynikiem. Ból pewnego rodzaju. Niebieski miał przecież wiele odcieni, prawda?
- Wrażliwość to kamień ciągnący w dół i brzytwa raniąca skórę. Prawdziwie parszywa cecha. - zamknął oczy, pozwalając tym słowom rozpłynąć się w powietrzu i umyśle. Prychnął nagle. - Wrażliwość to kamień szlachetny, który przytłacza nas swą wartością. I tak jak brzytwa - nie służy do ranienia. - wciąż miał zamknięte oczy. - Noś ten kamień z dumą, bo jest piękną ozdobą, jakiej żaden jubiler nie dorówna. I naucz się z niej korzystać, by nie kierować jej w stronę własnej skóry. - otworzył nieśpiesznie oczy, uśmiechając się delikatnie. Doskonale rozumiał co Prewett miał na myśli i ciężko było się z nim nie zgodzić. Wrażliwość była cechą, która utrudniała egzystencję, która generowała często ból. Ale ta sama wrażliwość pozwalała zachwycić się naturalną złożonością pojedynczych płatków śniegu, drobnym gestem życzliwości, tęczą po wichurze. - Cechy to narzędzia, Laurent. Miej w sobie nieco więcej z rzemieślnika, a mniej z sabotażysty. - uśmiechnął się nieco szerzej, przenosząc wzrok na Dumę. Tak, nadal to stworzenie wywoływało w nim niepokój. Nawet kiedy leżało spokojnie na ziemi i z zaciekawieniem przyglądało się Beksie. Esmé nie uważał jednak tego niepokoju za coś złego. Wręcz przeciwnie. Dawno nie czuł tego czegoś, co przypominało mu, że nie chciał umierać, chociaż był na to gotów. Tego prostego zagrożenia, tej bezsilności wobec myśli, że gdyby tylko jarczuk zechciał, gdyby tylko coś mu odbiło, to Rowle nie miał szans przeżyć. Całe szczęście to uczucie było naturalne, zapisane gdzieś w genach Czarodzieja, wszak nawet na sekundę nie zwątpił w tresurę prawdopodobnie najlepszego tresera na świecie - Laurenta.

Gorycz i żal. Uczucia, wbrew pozorom, nie tak obce Esmé. Wciąż je odczuwał, od czasu do czasu, gdy rozkładał na czynniki pierwsze niektóre wydarzenia ze swojego życia. Głównie dwa, które zdefiniowały jego osobę - śmierć matki i rozstanie z ukochaną. I też niósł w sobie pragnienie. Też niósł je od lat. Pragnienie zwykłego szczęścia. I też zastanawiał się co prędzej zginie - on czy ono?

- Doskonale, bo nie zaoferowałem ci ani kawy, ani herbaty. Zatem oszczędź mi bajeczki i powiedz prawdę. - bajki były fikcją, która niosła za sobą morał. Spreparowaną historią, która miała pouczać. Nie to chciał słuchać z ust Laurenta, nie chciał by jego oczy były mydlone i nie chciał patetycznego, moralizującego zakończenia. Chciał zaznać prawdy i wyciągnąć z niej własne wnioski. Domyślał się, że Prewett nie miał zamiaru go kłamać, lecz była to swoista pułapka logiczna, w którą Rowle nie zamierzał wpaść. Nie zamierzał dać przyjacielowi pretekst, by nie podzielił się tą bogatą historią, ani nie zamierzał dać mu pretekst, by ubarwić historię. Za to jasno zaznaczył, że oczekuje szczerości. Tyle i tylko tyle.

Zaśmiał się całkiem wesoło, gdy został posądzony o traktowanie Laurenta jak dzieło sztuki. Teatralnie odwrócił wzrok, gładząc się palcami po brodzie i nawet zaczął nieudolnie gwizdać. Nieudolnie, bo taki był zamiar. Gdyby jakiś śmiałek zechciał go podsłuchiwać, to zdałby sobie sprawę, że rzemieślnik zaskakująco pięknie wygwizduje melodie, gdy jego pracownia jest pusta, a on sam robi coś, co nie zajmuje mu umysłu. Zazwyczaj były to autorskie melodie, będące niczym free jazzowy występ, wszak istniała tutaj jedynie improwizacja i zdecydowanie polirytmiczność.

Ale zaraz spoważniał, nie wracając oczyma do Laurenta. Przestał swe wygłupy, ale palce zostały na brodzie. Już jej nie gładził, by podkreślić że myśli o czymś innym. Teraz po prostu o czymś myślał, co często przejawiał zwężając swe spojrzenie, jakby chciał ograniczyć bodźce z zewnątrz, by umysł mógł pracować wydajniej.

- Bardziej artystą podczas pracy nad swym dziełem. - odparł, powracając myślami i oczyma do Laurenta. - Wielu lubi skupiać się na wynikach pracy, ale niewielu docenia sam proces. - dodał równie poważnym i spokojnym tonem, co wcześniejsze słowa. I jak zwykle - nie tłumaczył ich dalej. W przypadku Prewetta wiedział, że nie musi, że zostanie zrozumiany w ten lub inny sposób. Ten inny mógł być nawet bardziej wartościowy, niż ten, który był w założeniach Esmé.

Cieszyło go, że Laurent rozumie zabawę w relacje, że pojmuje iż nic nie było pewne, a żeby cokolwiek zyskać, należało zaryzykować. Zaryzykować siebie, postawić siebie jako zakład i zobaczyć jak wiele jest do ugrania, jak wiele do zyskania i stracenia. Chociaż w tym przypadku Rowle nie był rywalem, był jak bank, jak krupier przeciwko któremu się grało. Sam nic nie zyskiwał, nic też nie tracił. On tylko prowadził grę, w której to inni mogli spróbować swego szczęścia.

Aż podskoczył na fotelu, gdy bestia zaszczekała. Nerwowo chwycił za popielniczkę, by nie spadła na ziemię, bo naprawdę ją lubił. Chociaż niektórzy uważali barbarzyńskim stworzenie z czaszki tak uroczej istoty jak Tycigryfek akurat popielniczki. Na moment zapomniał o jarczuku, ale ten zdążył o sobie przypomnieć. Uśmiechnął się bardziej sam do siebie, kiwając głową na boki, rozbawiony nieco sobą, a nieco Prewettem, który z nonszalancją przystającą właścicielowi pracowni kaletniczej uspokoił iście piekielnego czworonoga. Było w tym coś fascynującego, czego Esmé nie chciał nazywać po prostu kontrastem, bo im dłużej o tym myślał, tym więcej czynników zdawało się być zaskakujących i nie pasujących do tego stwierdzenia. Nie znał się na magicznych zwierzętach, chociaż był Rowle, ale sporo spekulował na bazie strzępek informacji, które posiadał, a niektóre zmyślił i nawet o tym zapomniał. Podporządkowanie sobie dzikiej istoty wiązało się z hierarchią, w której należało postawić samego siebie nad ów stworzeniem i udowodnić to tak sobie, jak i jemu. Nigdy nie pomyślał, że Laurent nie jest charakterny, ale tę cechę dało się wyrażać na wiele różnych sposobów. Człowiek, który mało mówił o sobie, mało mówił co myślał, bo sobie na to nie pozwalał, który poniekąd obawiał się własnego odbicia w oczach innych był właśnie tym, który wytresował jarczuka - bestię, wobec której arogancki, nonszalancki rzemieślnik czuł respekt i niewytłumaczalny niepokój. Zwierzęciu nie dało się zamydlić oczu słówkami, półprawdami i kłamstwami. Albo było się tym, za kogo się podawało, albo nie. I to, że Duma był potulny jak baranek oznaczało, że Laurent nie był wcale takim Aniołkiem. Nie, bzdura, to stereotypowe ujęcie aniołów. Mógł być twardy, stanowczy, charakterny i być tym Aniołkiem, którego lubił widzieć w nim Esmé. Teraz zaczynał lubić widzieć w nim też przebłyski Diabła, a raczej cech, jakie były z nim utożsamiane. Szczególnie, gdy prezentował się tak zacnie w skórze. Tak... niewłaściwie. Ah, gdyby tylko był kobietą...

- Wybacz Laurent, nie bawiłem się nigdy lalkami. - odparł jakby zupełnie nie zrozumiał co miał Prewett na myśli. Zrobił to oczywiście specjalnie, uśmiechając się przy tym głupkowato. - Ale nie jesteś Kłamstwem. Nie musiałem cię rozbierać, laleczko, by to dostrzec. - dodał półgłosem, poważniejąc, a może po prostu nabierając beznamiętnego wyrazu. Zaciągnął się papierosem i przytrzymał dym w płucach nieco dłużej, wpatrując się w przyjaciela... jak w laleczkę właśnie. Zaraz jednak roześmiał się, całkiem wesoło i pokiwał dłonią z papierosem, chcąc czemuś zaprzeczyć.
- Nie, nie, przepraszam. - odezwał się, wydmuchując dym przy wypowiadaniu tych słów. Chwycił w palce popielniczkę i podniósł się z fotela, robiąc kilka nieśpiesznych kroków w stronę środka pracowni, w której się znajdowali. Beksa wciąż spoczywał na czubku głowy swego pana, walcząc z niesfornym kosmykiem włosów, który zaczepiał go. Chwytał go w swoją niegroźną paszczę i szarpał, jakby chciał zagryźć, ale koniec końców było to co najwyżej urocze zmaganie się. - To miejsce... - mruknął, będąc odwróconym plecami do Laurenta, rozłożył nawet ręce, jakby chciał pokazać jak obszerne jest "to miejsce". W gruncie rzeczy pracownia wcale nie była duża, a wydawała się tym mniejsza, że wypełniona była naprawdę gęsto wyrobami kaletniczymi, ale nie tylko. Westchnął, nie kontynuując słów, ale odwrócił się z zadowolonym uśmiechem. Wręcz teatralnie strzepał popiół do trzymanej w drugiej ręce popielniczki, wciąż przesuwając oczyma po "Skórze i Kościach". - To miejsce, Laurent, jest dla mnie wyjątkowe. Nigdzie nie czuję się tak, jak tutaj. Bóg... wiesz, Bóg raczej nie odpowiedziałby na moje prośby. Nie jestem najgrzeczniejszym chłopczykiem. Stety. - jego ciemne oczy wreszcie spoczęły znów na Laurencie. Przeszedł kilka kroków w bok, stawiając popielniczkę na blacie lady. - Bo widzisz, mój drogi, zbudowałem tutaj Raj. - wypowiedział te słowa z niezaprzeczalny rozsmakowaniem w nich, z nieskrywanym zadowoleniem i dumą. - I wyciągnąłem lekcję z cudzych błędów. Stworzyłem Raj dla siebie, a nie dla innych. - zadarł głowę do góry, wcisnął w usta papierosa, nabierając z niego już ostatki dymu i rozłożył ramiona na boki, by... zakręcić się w piruecie. Raz, drugi, trzeci. Wydmuchując przy tym dym, tworząc z niego w powietrzu spirale. Gwałtownie się zatrzymał, opuszczając głowę, z której nagle zsunął się Beksa, zrzucając na twarz Esmé kosmyki włosów, które niemal ukrywały jego oczy, pozostawiając na widoku głównie usta. Usta z których zaraz został wyciągnięty papieros. I nie, Smoczoognik nie uderzył o ziemię, a poderwał się do lotu nim zdążył w ogóle znaleźć się blisko podłogi, by zaraz pofrunąć bliżej drzwi wejściowych i tam krążyć pozornie bez celu. - Tutaj moja arogancja nie zna granic. Tutaj to ja czuję się Bogiem. Tutaj... ja jestem Bogiem. - czemu miał służyć ten ekscentryczny pokaz? Cholera wie, bo wywinięte w podejrzany uśmiech usta nie wypowiedziały ani słowa więcej. Zamiast tego Rowle odgarnął włosy z twarzy, pociągnął ostatniego bucha z papierosa i zgasił kiepa w popielniczce. Niech Laurent interpretuje to jak zechce. Niech powie teraz co zechce. Może właśnie miał swój moment z Bogiem w cztery oczy? Może po prostu go wyśmieje, bo Esmé za Raj uznał nieco śmierdzącą pracownię od strony Nokturnu. Może wyśmieje jego ego, które wybiło ponad skalę, a był... ot, rzemieślnikiem. Czystej krwi Czarodziejem, ale nie o tym prawił. O tym nigdy nie mówił.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (17329), Laurent Prewett (17076)




Wiadomości w tym wątku
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 21.11.2023, 22:41
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 24.11.2023, 23:21
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 25.11.2023, 00:48
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 30.11.2023, 13:01
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 30.11.2023, 14:40
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 01.12.2023, 21:43
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 03.12.2023, 01:15
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 10.01.2024, 13:28
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 10.01.2024, 17:13
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 14.02.2024, 21:20
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 15.02.2024, 00:52
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 26.03.2024, 23:35
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 01.04.2024, 04:22

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa