10.01.2024, 23:27 ✶
Ta cholerna Grecja.
Rosie praktycznie już zdążyła zapomnieć, że kiedy kreśliła do niego ten list, to musiała wpisać odpowiedni adres, tak samo jak i gdzieś w głowie zapodziało jej się to, że złamała wtedy przy tym pióro, kiedy przełykała chwilową gorycz. Od paru lat, nieodzownie, ten właśnie kraj kojarzył jej się z jednym z bardziej bolesnych momentów jej życia, bo przecież mieli z Alexandrem w planach właśnie tam się udać na badania, zanim się rozstali. Skończyło się na tym, że nie odzywali się do siebie i Mulciber pół roku przekładał wyjazd, zanim w końcu się złamał, mając jej chyba za złe, że zaprzepaszczała jakąś niezwykle wielką szansę o byle co. Tylko że dla niej to nie było byle co, tak samo jak i nie uważała, że była to konkretnie jej szansa. Bardziej jego, bo nawet jeśli miała mu towarzyszyć to właśnie taka była jej rola. Miała odbijać jego światło, jak każdy porządny Księżyc.
Zacisnęła palce na podanej jej butelce, z trochę pustym spojrzeniem przyglądając się etykiecie, jednak szybko uśmiechając się do niego z wdzięcznością.
— Jak cały ranek, to nie możemy pozwolić na to, żeby dłużej działo się to na trzeźwo — oznajmiła ni to z rozbawieniem, ni to absolutnie poważnie, bo bardzo potrzebowała się teraz czegoś napić, żeby zagłuszyć głuche kołatanie w głowie na wspomnienie czasów, których bardzo nie chciała pamiętać. — Nie będę ukrywać, że niezmiernie cieszę się ich wywinąłeś się ze szponów przedwczesnej śmierci. Limbo wygląda spokojnie, ale żywym za bardzo by cię brakowało — uśmiechnęła się do niego szczerze, tracąc trochę na manierze, którą posługiwała się w obecności innych ludzi. Bo nie była to ani osoba, przed którą siliła się na jakąś grę pozorów, ani to nie były takie tematy. Wspomnienie śmierci tak na nią działało; trochę melancholijnie, a trochę uspokajająco, bo przez te wszystkie lata zdążyła dojść ze wszystkim do porządku. Ze swoim darem i tym, że śmierć była nieunikniona, a przede wszystkim że oferowała wieczny spokój, który czasem wydawał się tak słodki. Słodszy niż życie.
Zakręciła się, wskazując mu miejsca siedzące. Do wyboru do koloru. Samej szukając szklanek, które znalazła w starej komodzie znajdującej się pod jedną ze ścian, a w której czaiły się przeróżne, często wymyślnie toczone szklane naczynia. W większości kolorowe, bo takie uznawała za ciekawsze dla oka, ale tez o wiele bardziej wpisujące się w zasady pstrokatego wnętrza.
Postawiła je stoliku znajdującym się pośrodku tego bałaganu. Akurat tak, żeby im obojgu było wygodnie do niego sięgać, zaraz też otwierając butelkę pewnym, spragnionym niemal ruchem.
— Nie krępuj się — rzuciła od niechcenia, na moment przykładając palce do ust w geście naśladującym zaciąganie się papierosem. — Tylko przy okazji się podziel, jeśli już się zdecydujesz — dodała jeszcze psotnie, rozlewając w końcu alkohol i odstawiając butelkę na stolik.
W wyborze kadzideł sugerowała się często tym, jak intensywny niosły ze sobą zapach. Nokturn robił jednak swoje, a jego ulica potrafiła śmierdzieć, co rozpościerało się po większości znajdujących się przy nim lokali, więc to był jej sposób na te bolączki. Starała się jednak zachować w tym wszystkim rozsądek, żeby po spędzeniu w salonie sporej ilości czasu, człowiek nie nabawił się dojmującego bólu głowy. Zapach jednak skutecznie osiadał na ubraniach i wżerał się we włosy do tego stopnia, ze czasem musiała się zastanowić nad tym, czy w ogóle jest sens w skrapianiu się perfumami, których używała chyba od zawsze, a które pachniały brzoskwiniami, białym piżmem i patchouli. Czasem dało się go wyczuć i miała wrażenie, że kontrastował nieco z obrazem poważnej Lady Macarii, ale z drugiej strony żaden z jej klientów nie znajdował się zwykle na tyle blisko, by naprawdę go wyłapać.
Chciała rzucić beztrosko, że o jakiej wojnie mówi, kiedy upijała łyk ze swojej szklanki, dziękując mu w duchu, że pamiętał o przyniesieniu jej prezentu, ale ostatecznie powstrzymała się przed tym, jakby z roztargnieniem przypominając sobie, że tylko dlatego że nie była to otwarta walka, to nie znaczyło że nie można było tego nazwać wojną.
— Cóż, ogólnie jestem za możliwością wolnego wyboru dla kobiet, więc mam nadzieję, że jeśli ktokolwiek będzie zmuszony składać się w ofierze, zrobi to z własnej i nieprzymuszonej woli — zakręciła płynem w szklance, posyłając mu nieco przepraszające spojrzenie i uśmiechając się przy tym krzywo. — Jestem pewna, że każdy wróżbita stoi gdzieś po środku. Każdy chce wierzyć, póki przynosimy pomyśle wieści, jednak kiedy tylko pojawia się zły znak, często zmieniamy się w handlarzy kłamstw. Co do szaleństwa, cóż... serce podpowiada mi, że każdy co widzi coś więcej, jest szalony, nie ważne czy mówimy tutaj o przyszłości - wskazała drobnym gestem szklanki na niego, a potem na siebie. - Czy o tym co czeka nas już po śmierci.
Rosie praktycznie już zdążyła zapomnieć, że kiedy kreśliła do niego ten list, to musiała wpisać odpowiedni adres, tak samo jak i gdzieś w głowie zapodziało jej się to, że złamała wtedy przy tym pióro, kiedy przełykała chwilową gorycz. Od paru lat, nieodzownie, ten właśnie kraj kojarzył jej się z jednym z bardziej bolesnych momentów jej życia, bo przecież mieli z Alexandrem w planach właśnie tam się udać na badania, zanim się rozstali. Skończyło się na tym, że nie odzywali się do siebie i Mulciber pół roku przekładał wyjazd, zanim w końcu się złamał, mając jej chyba za złe, że zaprzepaszczała jakąś niezwykle wielką szansę o byle co. Tylko że dla niej to nie było byle co, tak samo jak i nie uważała, że była to konkretnie jej szansa. Bardziej jego, bo nawet jeśli miała mu towarzyszyć to właśnie taka była jej rola. Miała odbijać jego światło, jak każdy porządny Księżyc.
Zacisnęła palce na podanej jej butelce, z trochę pustym spojrzeniem przyglądając się etykiecie, jednak szybko uśmiechając się do niego z wdzięcznością.
— Jak cały ranek, to nie możemy pozwolić na to, żeby dłużej działo się to na trzeźwo — oznajmiła ni to z rozbawieniem, ni to absolutnie poważnie, bo bardzo potrzebowała się teraz czegoś napić, żeby zagłuszyć głuche kołatanie w głowie na wspomnienie czasów, których bardzo nie chciała pamiętać. — Nie będę ukrywać, że niezmiernie cieszę się ich wywinąłeś się ze szponów przedwczesnej śmierci. Limbo wygląda spokojnie, ale żywym za bardzo by cię brakowało — uśmiechnęła się do niego szczerze, tracąc trochę na manierze, którą posługiwała się w obecności innych ludzi. Bo nie była to ani osoba, przed którą siliła się na jakąś grę pozorów, ani to nie były takie tematy. Wspomnienie śmierci tak na nią działało; trochę melancholijnie, a trochę uspokajająco, bo przez te wszystkie lata zdążyła dojść ze wszystkim do porządku. Ze swoim darem i tym, że śmierć była nieunikniona, a przede wszystkim że oferowała wieczny spokój, który czasem wydawał się tak słodki. Słodszy niż życie.
Zakręciła się, wskazując mu miejsca siedzące. Do wyboru do koloru. Samej szukając szklanek, które znalazła w starej komodzie znajdującej się pod jedną ze ścian, a w której czaiły się przeróżne, często wymyślnie toczone szklane naczynia. W większości kolorowe, bo takie uznawała za ciekawsze dla oka, ale tez o wiele bardziej wpisujące się w zasady pstrokatego wnętrza.
Postawiła je stoliku znajdującym się pośrodku tego bałaganu. Akurat tak, żeby im obojgu było wygodnie do niego sięgać, zaraz też otwierając butelkę pewnym, spragnionym niemal ruchem.
— Nie krępuj się — rzuciła od niechcenia, na moment przykładając palce do ust w geście naśladującym zaciąganie się papierosem. — Tylko przy okazji się podziel, jeśli już się zdecydujesz — dodała jeszcze psotnie, rozlewając w końcu alkohol i odstawiając butelkę na stolik.
W wyborze kadzideł sugerowała się często tym, jak intensywny niosły ze sobą zapach. Nokturn robił jednak swoje, a jego ulica potrafiła śmierdzieć, co rozpościerało się po większości znajdujących się przy nim lokali, więc to był jej sposób na te bolączki. Starała się jednak zachować w tym wszystkim rozsądek, żeby po spędzeniu w salonie sporej ilości czasu, człowiek nie nabawił się dojmującego bólu głowy. Zapach jednak skutecznie osiadał na ubraniach i wżerał się we włosy do tego stopnia, ze czasem musiała się zastanowić nad tym, czy w ogóle jest sens w skrapianiu się perfumami, których używała chyba od zawsze, a które pachniały brzoskwiniami, białym piżmem i patchouli. Czasem dało się go wyczuć i miała wrażenie, że kontrastował nieco z obrazem poważnej Lady Macarii, ale z drugiej strony żaden z jej klientów nie znajdował się zwykle na tyle blisko, by naprawdę go wyłapać.
Chciała rzucić beztrosko, że o jakiej wojnie mówi, kiedy upijała łyk ze swojej szklanki, dziękując mu w duchu, że pamiętał o przyniesieniu jej prezentu, ale ostatecznie powstrzymała się przed tym, jakby z roztargnieniem przypominając sobie, że tylko dlatego że nie była to otwarta walka, to nie znaczyło że nie można było tego nazwać wojną.
— Cóż, ogólnie jestem za możliwością wolnego wyboru dla kobiet, więc mam nadzieję, że jeśli ktokolwiek będzie zmuszony składać się w ofierze, zrobi to z własnej i nieprzymuszonej woli — zakręciła płynem w szklance, posyłając mu nieco przepraszające spojrzenie i uśmiechając się przy tym krzywo. — Jestem pewna, że każdy wróżbita stoi gdzieś po środku. Każdy chce wierzyć, póki przynosimy pomyśle wieści, jednak kiedy tylko pojawia się zły znak, często zmieniamy się w handlarzy kłamstw. Co do szaleństwa, cóż... serce podpowiada mi, że każdy co widzi coś więcej, jest szalony, nie ważne czy mówimy tutaj o przyszłości - wskazała drobnym gestem szklanki na niego, a potem na siebie. - Czy o tym co czeka nas już po śmierci.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror