11.01.2024, 00:04 ✶
Patrzyła do niego bezkreśnie oburzona, marszcząc przy tym brwi, co zwyczajnie wyglądało trochę śmiesznie, biorąc pod uwagę fakt, jak różnego byli wzrostu. Jakimś dziwacznym cudem, trzech najważniejszych mężczyzn w jej życiu (sory tato) czyli Axel, Hades i Otto, było cholernymi gigantami, na których zawsze patrzyła z dołu i bardzo, ale to bardzo starała się mimo wszystko robić to niezmiernie władczo. Czasem jej to wychodziło, ale z Hadesem był ten problem, że płynąca w ich żyłach wspólna krew, jakoś rozrzedzała ten cały efekt, który próbowała uzyskać. Niemal zawsze byli więc zamknięci w tańcu starszego brata i młodszej siostry. Dużego chłopca i małej dziewczynki.
Nigdy by się przed nim nie przyznała, że zależało jej na tyle, żeby poświęcić czas na cały ten cyrk z wywoływaniem go. Powinno mu wystarczyć, że kiedy już trzasnęła mu w pierwszym odruchu drzwiami przed nosem, jak zobaczyła po powrocie, to po tym jak krzyknęła sobie od serca ze złością, na całe gardło i tak że pewnie ją słyszał po drugiej stronie i sąsiedzi też, zaraz otworzyła te drzwi i rzuciła mu się na szyję, wyzywając go przy okazji.
Oj ona sobie tę poduszkę zostawi na później, on jeszcze zobaczy. Niech sobie śpi na tym podłokietniku, na zdrowie jemu i jego starym plecom, bo lata to mu leciały mimo wszystko, taki młody to już nie był. Ona ją sobie potem weźmie i go udusi nią zwyczajnie i będzie już po problemie. Albo nie, nie będzie, stwierdziła z niesmakiem, bo baran i tak wstanie z martwych.
- Tyle, ile mi wyjdzie - przedrzeźniła jego przedrzeźnianie, łapiąc się przy tym pod boki i tupiąc przy tym nogami, dokładnie tak samo jak kiedy byli mali i kłócili się o bzdury najważniejsze pod słońcem rzeczy, tak jak teraz. - A co cię to interesuje? Nagle się tak martwisz o moją dietę? - sarknęła, idąc za nim zaraz, ale on chyba i tak wiedział, że nie zostawi go samego, bo nawet się nie obrócił w drodze do kuchni. - WCALE! Właśnie o to chodzi, że wcale. Czy ty rozumiesz co ja do ciebie mówię? - zgrzytnęła zębami, oczywiście czerwieniąc się na buzi.
- A co z moimi prezentami, co? Z tego co liczę, to też mi się liczą za ostatnie gwiazdki, ty nie bądź taki sprytny, bo się jeszcze zmęczysz!! - wlazła za nim do tej kuchni, niczym cień, zrzędząc mu przy tym nad uchem. - Sam im to powiedz, jak jesteś taki hop do przodu! - oznajmiła mu jeszcze, wciąż się piekląc, więc kiedy tylko się wreszcie do niej obrócił, mógł ujrzeć rozlewającą się po całej twarzy czerwień.
- Nawet jak było, to już dawno pewnie skisło od samej twojej obecności - rzuciła, ale jednocześnie sięgnęła do drzwi lodówki i wyciągnęła z niego karton, stawiając go na blacie, zanim znowu stanęła przed bratem. - Powiedziałam, żebyś coś powtórzył, słyszałeś? Liczę do trzech - ale nie miała zamiaru dać mu szansy. - Raz, dwa, TRZY! - rzuciła najszybciej jak się dało i wsadziła mu palucha w dziurkę od nosa.
Nigdy by się przed nim nie przyznała, że zależało jej na tyle, żeby poświęcić czas na cały ten cyrk z wywoływaniem go. Powinno mu wystarczyć, że kiedy już trzasnęła mu w pierwszym odruchu drzwiami przed nosem, jak zobaczyła po powrocie, to po tym jak krzyknęła sobie od serca ze złością, na całe gardło i tak że pewnie ją słyszał po drugiej stronie i sąsiedzi też, zaraz otworzyła te drzwi i rzuciła mu się na szyję, wyzywając go przy okazji.
Oj ona sobie tę poduszkę zostawi na później, on jeszcze zobaczy. Niech sobie śpi na tym podłokietniku, na zdrowie jemu i jego starym plecom, bo lata to mu leciały mimo wszystko, taki młody to już nie był. Ona ją sobie potem weźmie i go udusi nią zwyczajnie i będzie już po problemie. Albo nie, nie będzie, stwierdziła z niesmakiem, bo baran i tak wstanie z martwych.
- Tyle, ile mi wyjdzie - przedrzeźniła jego przedrzeźnianie, łapiąc się przy tym pod boki i tupiąc przy tym nogami, dokładnie tak samo jak kiedy byli mali i kłócili się o bzdury najważniejsze pod słońcem rzeczy, tak jak teraz. - A co cię to interesuje? Nagle się tak martwisz o moją dietę? - sarknęła, idąc za nim zaraz, ale on chyba i tak wiedział, że nie zostawi go samego, bo nawet się nie obrócił w drodze do kuchni. - WCALE! Właśnie o to chodzi, że wcale. Czy ty rozumiesz co ja do ciebie mówię? - zgrzytnęła zębami, oczywiście czerwieniąc się na buzi.
- A co z moimi prezentami, co? Z tego co liczę, to też mi się liczą za ostatnie gwiazdki, ty nie bądź taki sprytny, bo się jeszcze zmęczysz!! - wlazła za nim do tej kuchni, niczym cień, zrzędząc mu przy tym nad uchem. - Sam im to powiedz, jak jesteś taki hop do przodu! - oznajmiła mu jeszcze, wciąż się piekląc, więc kiedy tylko się wreszcie do niej obrócił, mógł ujrzeć rozlewającą się po całej twarzy czerwień.
- Nawet jak było, to już dawno pewnie skisło od samej twojej obecności - rzuciła, ale jednocześnie sięgnęła do drzwi lodówki i wyciągnęła z niego karton, stawiając go na blacie, zanim znowu stanęła przed bratem. - Powiedziałam, żebyś coś powtórzył, słyszałeś? Liczę do trzech - ale nie miała zamiaru dać mu szansy. - Raz, dwa, TRZY! - rzuciła najszybciej jak się dało i wsadziła mu palucha w dziurkę od nosa.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror