• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex

[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#10
11.01.2024, 03:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2024, 04:01 przez Ambrosia McKinnon.)  
Za każdym razem, kiedy próbował zrobić dla niej cos miłego, usilnie zastanawiała się czy faktycznie robił to dla niej czy może z własnej, aroganckiej potrzeby zaprezentowania się z jak najlepszej strony (jego zdaniem). Kiedy się kłócili pod tym skrzydłem szpitalnym, patrzyła na niego wściekle, czekając tylko aż dokończy głupio zarzucone zdanie, ale nie zrobił tego, a ona wreszcie, po długiej chwili ciszy odwróciła się napięcie i poszła w swoją stronę.
Zła i z dziwnym ciepłem, tlącym się gdzieś pod spodem, bo nawet jeśli nie byłą pewna jego motywacji, z wyraźną ulgą przyjęła to, że ktoś stanął w jej obronie. Gdyby posłano ją do Durmstrangu, pewnie wszystko byłoby o wiele prostsze. Po pierwsze, pewnie nikt nie zwracałby uwagi na jej nazwisko, a nawet jeśli to przecież ciężko było odmówić McKinnonom posługiwania się wątpliwym rodzajem magii. W końcu skądś się brały te wszystkie martwe, jednak wciąż żywe kobiety, zdobiące korytarze i pokoje Zamtuza. Po drugie, miałaby Hadesa. Mogła się z nim szarpać, obrażać i bić, ale wiedziała że ten również oddawałby wymierzone w nią ciosy. Tylko że jego motywacji byłaby o wiele pewniejsza niż tych, które mógł mieć Mulciber.

Przez długi czas była święcie przekonana, że zwraca na nią uwagę tylko dlatego, że w jakiś sposób spełniała wymagania, które narzucał dziewczynom pod względem urody. Tylko urody, bo prawdę powiedziawszy nie posądzała go o nic głębszego, bo i jak by mogła, skoro jej zdaniem nie znali się wystarczająco dobrze by miało to rację bytu. Bo miał rację, była zwyczajnie dziewczyną smutną, która większość czasu poświęcała temu, co działo się w jej głowie i specjalnie często wycofywała się z interakcji, wybierając ucieczkę, ale wciąż z dumnie podniesionym czołem, jakby uważała się za wszystkich lepsza, a nie słabsza i bez znaczenia.

Nawet nie była pewna, co zmieniło się po tamtych wakacjach. A może nie zmieniło się tak naprawdę nic i tylko przypadek zagrał im wtedy na nosie, kiedy znalazł ją wieczorem na schodach do wieży zegarowej, całą zapłakaną, z przyłożonymi do skroni pięściami i nieobecnym spojrzeniem utkwionym gdzieś w ścianie. Szeptała sobie cicho pod nosem, że niczego już tam nie ma, jakby czaiło się za nią coś absolutnie niedostępne dla ludzkich oczu.

Po tym jego rycerskość, odbierała o wiele łagodniej. Mniej się wobec niej burzyła, nawet jeśli czasem nachodziła ją taka myśl, że skoro sama nie była w stanie się obronić, to była zwyczajnie słaba. Ale im mijało więcej czasu, tym bardziej jej się ta jego zaciekłość podobała i momentami łapała się na tym, że jej to sprawiało dziwną satysfakcję i schlebiało. W ten specjalny, przyjemny sposób, o którym nie chciała myśleć.

Karta którą jej przypisywał, również jej schlebiała. Kiedy tylko uświadomiła sobie tę zależność, to było trochę tak, jakby nagle zdała sobie sprawę z tego, kim faktycznie mogła być. Jakby Arcykapłanka pokazywała jej wszystkie niedociągnięcia, których tak łatwo można było się pozbyć. Im bardziej jednak pragnęła reprezentować tę kartę, tym bardziej miała wrażenie, że jest to niezwykle odległy cel. Jakby Axel w niej tę kartę tylko dlatego, że mógł widzieć przyszłość, nie dlatego, że pasowała do niej teraz.

Zawsze kiedy rozkładali sobie poranne wróżby i z jej talii wysuwało się Słońce, patrzyła na niego nieco gniewnie. Na te jego wywracające się oczy, jakby próbowała mu powiedzieć, że to wcale nie tak jak myśli i karty były zwyczajnie felerne. Ale to nie miało najmniejszego sensu, tym bardziej że z czasem, ale tylko przed samą sobą, myślała o nim 'Słońce'. Był dla niej tym ożywczym źródłem, który rozgrzewał ją, przenikając na wskroś, tak samo kiedy tylko ze sobą rozmawiali, niechcący stykali się łokciami, siedzą obok siebie przy stole w wielkiej sali, jak i kiedy obdarzali się czułościami. Wtedy jednak czuła się nie jakby padały na nią promienie letniego słońca, a jakby znajdowała się w jego centrum, jakimś cudem cała bezpieczna mimo buchającego ciepła.

Potem, kiedy już opuścili Hogwart, kiedy odrobinę jeszcze dorośli, mówiła czasem do niego Moje Słońce. Prosto w twarz i bez grama zażenowania, jakie kiedyś ubarwiłoby jej twarz rumieńcem. Była to jej deklaracja, ale również i właściwa dla niej przekora, bo przecież kiedyś tak chętnie wywracał oczami na samo wspomnienie tej karty. Tych słów używała jednak do niego tylko wtedy, kiedy naprawdę jej zależało. Kiedy była dla niego zwyczajnie delikatna, tak samo jak delikatne było światło księżyca, w którym kąpali się niemal każdej pełni, obserwując nocne niebo.

Przepychali się wtedy przy tych stołach, często przekładając tę jedną kartę z miejsca na miejsce, bo dla każdego z nich lepiej leżała po drugiej stronie. Próbowała mu wtedy tłumaczyć, co ona właściwie myśli o jego własnej percepcji, ale ten zwykle śmiał się z niej wtedy, jakby bawił się dobrze jak nigdy wcześniej. Potem wyrywała mu tę Ósemkę Kielichów i zabierała, chowając do swojej talii. Nosiła ją potem ze sobą, póki o niej nie zapomniała, albo jakoś sprytnie jej nie wyłuskał z jej rąk, kiedy zastanawiali się nad kolejnym rozkładem. Nie znosiła tej karty tak samo mocno jak tego, że się z nią utożsamiał. Bo przecież tak bardzo nie chciała, żeby odszedł od niej. Widząc ją czuła dziwny ciężar, nawet jeśli potem wskazywał jej na patronujący wędrowcy księżyc. Bardzo chciała myśleć, że tak mogła wyglądać ich wspólna ścieżka. Że nawet jeśli nie będą iść obok siebie, to zawsze w jakiś sposób będą razem.

A potem, potem któryś raz z kolei wywracając na niego oczami, szła za nim, urywając się razem z lekcji.

Pamiętała, jak serce miotało jej się w piersi, kiedy podmieniła im karty Kochanków. Zbyt przerażona, żeby powiedzieć cokolwiek na głos, wymowność tego gestu uważając za wystarczający wskaźnik uczuć, jakie mogła do niego żywić. Bała się, cholera, jak ona się wtedy bała, że odda jej te kartę, jak gdyby nigdy nic przechodząc nad tym wszystkim do porządku dziennego. Patrzyła wtedy na niego uważnie i jak chciała myśleć, niezwykle nonszalancko, ale kiedy tylko na nią spojrzał, oblała się lekkim rumieńcem.
Lubiła patrzeć na tę kartę, ale nie w taki sposób, jak on to robił. To była ich tajemnica, ale zamiast skrywać ją na samym spodzie talii, ta witała ją za każdym razem, kiedy wyciągała karty. Wtedy za każdym razem, te niewypowiedziane słowa, wybrzmiewały w jej głowie, powtarzając tę ich małą obietnicę. Fakt jednak, że za każdym razem wyjmowała talię w umiejętny sposób, zawsze zwracając uwagę na to, przy kim się znajdowała i zależnie do tego prezentując najpierw rewers lub awers, zanim zaczęła ją szybko przetasowywać.

Zmarszczyła brwi, niby to go naśladując, ale nie było w tym zbyt dużo zamyślenia. Wyglądała bardziej, jakby już chciała mu się sprzeciwić i zapytać, jakie to głupoty właśnie plótł, a wyraz tylko pogłębił się zaraz, zmieniając na nieco bardziej zniecierpliwiony.
- Wcale nie - zaperzyła się nieco, chyba dla samej zasady, żeby mu się sprzeciwić, nawet w tym słodkim momencie, kiedy postanowił nawlec pukiel jej włosów na palec. Było to coś, czego sama nie rozumiała, ale co pojawiało się chyba jako swoista próba zachowania kontroli. Trzy brzmiało właściwie. Brzmiało ładnie. Wszystko przychodziło trójkami, podobno tak się mówiło.
Niesforny kosmyk był chyba ostatnią rzeczą, która teraz zaprzątała jej głowę, a jednocześnie też znajdował się na pierwszym miejscu. Czuła, jak się nim bawi i zwyczajnie roztapiała się wewnątrz pod wpływem tej czułości, w żaden sposób jednak nie uciekając myślami do faktu, że może ona w jakiś sposób wynikać z nieporządku w jakim się znalazła. Chowanie kosmyków za uszy było odruchem, który zwykle popełniała, kiedy łapała go na tym, że patrzył na nią zbyt długo, albo ona sama posyłała za nim zbyt przeciągłe spojrzenie, które urywało się gwałtownie i w lekkim zakłopotaniu.

Kiedy cofnął się po raz drugi, z pewnym zażenowaniem uświadomiła sobie, że wcale nie chciała, żeby przestał. Odsunęła od niego usta z pewnym ociąganiem i tylko dlatego, że bardziej już się w jego kierunku wyciągnąć nie mogła. Przyjemnie było stanąć pewnie na ziemi, kiedy opadła z palców, ale zaraz sobie zdała sprawę z tego, że ma miękkie kolana i gdyby nie znajdujący się za nią regał, to cała ta sytuacja wyglądałaby o wiele inaczej. Odetchnęła, czując jak serce kołacze jej się w piersi, zaglądając w jego błękitne
oczy z pewną ciekawością, ale tez i zwykłą nieśmiałością, która mimo wszystko się w nich kryła. Gdyby tylko ją o to zapytał, pewnie nie byłaby w stanie wymyślić dobrego kłamstwa. Może nawet odpowiedziałaby mu wprost Nie byłam w stanie wejść po schodach, powiedziałaby cicho i chyba trochę smutno, bo nie lubiła tych momentów. Kiedy limbo zaglądało jej w oczy, często się wycofywała, przynajmniej póki wzburzone emocje się nie opanowały.

Jak mogłaby się nie uśmiechać, kiedy czuła jakby właśnie zachłysnęła się samym Słońcem. Czuła, jak po jej ciele rozlewa się przyjemne ciepło, pochłaniając ją w końcu całą i bez reszty. Czuła się, jakby nie istniało na świecie nic innego niż jego wpatrzone w nią oczy, a potem złapała się na tym, że tak samo jak ze szczegółowością mogła wskazać na nie, mogła też pomyśleć o wzburzonym oddechu, obejmujących ją dłoniach czy czającym się na ustach uśmiechu. Każda z tych rzeczy wydawała się rozbrzmiewać z intensywnością niezależną od reszty, a jednocześnie wszystko to razem komponowało się w jedną, spójną całość, przejmowało ją do kości i zwyczajnie obezwładniało.

- Jesteś pewien? - zapytała, mrużąc oczy, ewidentnie sugerując mu, że w tym wszystkim mógł się gdzieś zapomnieć i zwyczajnie pomylić. Psotny uśmiech przebiegł po jej wargach, kiedy zacisnęła znowu palce na jego koszuli, ale teraz nieco wyżej, bliżej obojczyka, jakby bojąc się, że zaraz jej ucieknie, kiedy tylko się do niego bardziej zbliży. A potem pocałowała go znowu, nie pozwalając jednak temu pocałunkowi odpowiednio wybrzmieć, jakby tylko chciała go dodatkowo rozdrażnić, na końcu natomiast oddając wcześniejszy gest i samej przygryzając mu wargę, zanim odsunęła od niego usta. - Ja naliczyłam trzy - wyszeptała, nabierając nieco więcej powietrza i czując, jak oddech mimowolnie jej drży.

- Możemy nawet trzy - zapewniła go wreszcie, z pewną miękkością w głosie, która wkradała się tam rzadko, zawsze wtedy kiedy uważała, że w tym momencie mogła być absolutnie szczera i zwyczajnie czuła się bezpiecznie. - Nie przypominam sobie, żebym to ja zmusiła cię do niespania - rzuciła jeszcze, uśmiechając się do niego lekko, z przekorą powstrzymując kąciki ust od nadmiernego pogłębienia tego wyrazu.


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (8786), Ambrosia McKinnon (8241)




Wiadomości w tym wątku
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex - przez Alexander Mulciber - 31.12.2023, 22:58
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 01.01.2024, 02:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 02.01.2024, 04:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.01.2024, 05:47
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 03.01.2024, 17:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 03.01.2024, 20:32
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 06.01.2024, 00:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 11.01.2024, 01:27
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 11.01.2024, 03:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 29.01.2024, 03:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 29.01.2024, 21:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 10.03.2024, 02:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.04.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 07.05.2025, 22:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa