Gdyby nie towarzyszyło im widmo śmierci, niekoniecznie ich, ale raczej niebezpieczeństwo i nie gonił ich czas, zapewne rzuciłby żartobliwie coś o tym, że ma pan bardzo ładne oczy, panie Lestrange. Z drugiej strony takie deklaracje mogły znaleźć nieodpowiednie podejrzenia, które narażą jego karierę w Departamencie Tajemnic, jako kropka nad i do jego wiecznego stanu kawalerskiego. Nikt nie chciał mieć za szefa pedzia. Nie byłyby to również nieuzasadnione zarzuty, bowiem bazując na opisach XIX-wiecznego Karla Urlichsa, Morpheus przejawiał cechy hermafrodytyzmu psychofizycznego, czyli niekomplementarności płci biologicznej z psychicznymi upodobaniami. Naukowiec nazwałby czarodzieja Urningiem (aczkolwiek w definicji przypisywanej kobietom), czyli tym, który poddaje się zarówno miłości do niebiańskiej Afrodyty, utworzonej z piany morskiej oraz z genitaliów Uranosa, czyli do tej samej płci, jak i do wszetecznej, córki Zeusa i Dione, odpowiadającej pociągowi do obojga płci. Był czas, gdy skupiał się nad tym dużo bardziej, zwłaszcza na mitologicznym aspekcie odczuć i Greckim wpływom. Nie identyfikował się jednak z nimi w sposób kompletny. Praca w Komnacie Tajemnic, bardzo aktywna i pochłaniająca, zwłaszcza ze strony Morpheusa, zupełnie zrzucił na bok wszelkie romanse, pomimo że ten zakochiwał się szybko i bardzo mocno.
— Ależ oczywiście, magidoktorze umysłów — odpowiedział, rozbawiony Morpheus, podchodząc do otwartego okna i zaczął je oglądać. Nie dotykając go, ale sunąc opuszkami tuż nad framugą, patrzył na nieco już zbutwiałe drewno, szukając pułapek na takich cwaniaków, jak oni. Nie zamierzał ryzykować magii i obudzenia alarmów, które mogły czaić się w domostwie czarownicy.
O, Hermesie, niech Cię czcimy jako tego, który otwiera drzwi, i łamie skoble bramy. O, Wędrowco po drogach, pragniemy mieć w Tobie pomocnika w planowaniu. Niech będziemy obdarzeni Twoim błogosławieństwem. Wędrujący figlarzu, najdroższy nieznajomy, Twoje talenty są liczne, a przed Tobą nie ma zamkniętych dróg. Niech Twoje szczęście przenika przeze mnie, gdy przemierzam życie, w harmonii z bogami.
Oboje nie do końca wpisywali się w archetypiczne zawody swoich rodzin, chociaż jego własna pojawiała się nawet w dniu jego narodzin. Karty jego ścieżki to Sprawiedliwość i Wysoka Kapłanka, droga wiedzy i poznania, droga duchowa i droga racjonalizmu, połączona w jedno, z szalami wyrównanymi dla obu tych aspektów. Jak w niebie, tak i na ziemi.
— Mam cię — szepnął do siebie, gdy jego opuszki natrafiły na mały spust, uruchamiający jakiś sygnalizator. Absolutnie mechaniczna pułapka. Wskazał ją Lestrenge'owi, aby i on mógł wyminąć element podczas przechodzenia. Podciągnął się z cichym stęknięciem i usiadł na parapecie. Z różdżką w pogotowiu, zdjął buty i zostawił je obok siebie, aby nie zostawić śladu na klepisku po swojej obecności.
W środku było gorzej, niż się spodziewał. Oprócz mózgów różnych istot, sądząc po kształtach, zauważył lekko połyskujące w półmroku, ułożone na półce przepowiednie. W zamyśleniu zrobił krok w bok, aby zrobić miejsce dla drugiego Niewymownego i wskazał wolną ręką równiutko ułożone słoiki z parafiną. Całe domostwo przypominało raczej średniowieczne chatynki, jednoizbowe, z łóżkiem i kuchnią w tym samym miejscu, zdecydowanie biednie wystrojone, jakby dosłownie czas się zatrzymał tam w czasie tamtejszego Wielkiego Głodu. Szybkie przeczesanie spojrzeniem pozwoliło dostrzec stare plamy na podłodze, które ktoś zmywał i przykrywał sianem klepiska, a także eleganckie i czyste narzędzia rzeźnicze oraz chirurgiczne, zawieszone na ścianie oraz ułożone do wyschnięcia w skórzanym pokrowcu. Nie miały na sobie jednakże kropli wody, więc leżały tam już od jakiegoś czasu.