— Zimne — odpowiedział prędko, skupiając się na wyciągnięciu z przepastnych kieszeni czarnego, aksamitnego woreczka, z którego wyjął karty tarota. Z wprawą iluzjonisty zaczął je tasować. Karty z wyglądu były przetarte i zużyte, a swoim rozmiarem odstawały od klasycznych do gry, będąc większe prawie dwukrotnie. Podczas gdy koszulki jeszcze nie wzbudzały podejrzeń, ot granatowe ze złotą lilijką, to obrazki nie należały do francuskiej szkoły kart i nie przedstawiały kierów, trefli, pików i karo, a zupełnie inne dwory. W Tarocie pulę stanowiło również więcej kart, bowiem oprócz pięćdziesięciu dwóch odpowiedników, dochodziły jeszcze dwadzieścia dwie Wielkie Arkana oraz cztery rycerze, po jednym na każdy dwór.
Potrzebuję Cię bardziej niż kiedykolwiek. Rogaty Boże, usłysz mnie. Twoje gwiazdy, pełne odpowiedzi, schowały się za chmurami. Daj mi oczy, bym mógł zobaczyć, jak mogę unieść ten ciężar, gdy sam potrzebuję, abyś mnie niósł. Wezwał w modlitwie męski aspekt natury, mało popularny, ale czuł jego obecność w tym miejscu najbardziej. Mnóstwo testosteronu, agresji, marsjańska energia, o krok od destrukcyjnych sił, stojących w zajadłej opozycji do łagodniejszej Matki. Mógłby powołać się na moc Marsa konkretnie, ale obawiał się go nawet po tylu latach pracy z magią. Mars, który karmi się krzywdą i w pogardzie ma szczęście. Szczęścia zaś potrzebował bardzo dużo.
Karty przemykały między jego dłońmi, szmer znikał zupełnie wśród głośnych rozmów, szkła stukającego o szkło, o blaty i napięcia. Ktoś ryknął w tle przyśpiewką, aż zadrżało szkło, gdy dołączyli się, paskudnie rycząc i fałszując, inni. Morpheus przyjmował to z zadowoleniem, magia pulsowała w ziemi, tak do odczuwał, może jednak udzielała mu się tylko atmosfera tego miejsca? Odłożył na świeżo wytarty blat talię, koszulkami do góry, nie zauważając barmana, chociaż wylądowały tuż obok ręki młodzieńca. Sięgnął po pierwszą kartę.
— Harpiom z Holyhead — odpowiedział bezmyślnie, podając nazwę słynnej drużyny Quidditcha, której kibicuje Erik, ale zaraz się zreflektował: — To znaczy... — rozejrzał się po kolorach i logotypach w barze oraz ogólnym reakcjom kibiców zebranych przy malutkim ekranie, których najpewniej nie było stać na własny telewizor i wybrał ten, który popierali. — Chester.
Złapał frytkę z koszyka, zamoczył ją w ketchupie i zjadł. Sięgnął po drugą kartę, ułożył je obok siebie, a następnie odwrócił jednocześnie. Jego oczom ukazał się złocisty rydwan oraz płonąca wieża. Znów ogień, znów, znów płomienie. Czuł w ustach smak spalenizny, który szybko przepłukał piwem. Wypił prawie połowę pinty, zanim wrócił do kart. Nerwowo postukał w blat stołu, rozejrzał się. Schował karty do woreczka.
Rydwan i Wieża. Nagła tragedia. Pośpiech. To miało się wydarzyć już, za chwilę. Powinien kogoś ostrzec? Nikt nie weźmie go na serio, a jeśli weźmie, wezwie mugolską policję. W panice zapomniał protokołu, co powinien zrobić. Wiadomość, wezwie BUM-owców. Tak. Potrzebował tylko chwilki, żeby wyciągnąć mały amulet z portrecikiem Winony Ackemarn, która skontaktuje się z Departamentem Przestrzegania Praw Czarodziejów.