Poszarzały na twarzy spojrzał na chłopaka, musiał być młody, pewnie ledwie miał dość lat, aby obsługiwać go w barze, a delikatne rysy twarzy jeszcze to uwydatniły. Nie mrugając w ogóle, zaciskając dłoń na medalionie z portrecikiem, przyglądał się młodemu mężczyźnie, przypominając w tamtym momencie jelenia na światłach, zbyt wystraszonego lub bojowo nastawionego, aby uciec, sprowadzając na siebie klęskę. Zmysły, wzmocnione adrenaliną, niemal namacalnie odbierały obecność tamtego, zupełnie jakby próbował zakotwiczyć się w sytuacji. Jeszcze kilka dni wcześniej, gdy rozmawiał z Florence, wojna nie wydawała mu się do końca realna, nawet pomimo chaosu w Ministerstwie.
— Że powinniśmy... — w tym momencie szyba witryny pękła z hukiem. — Uciekać!
Jego okrzyk stłumiły wybuchające od czerwonego zaklęcia butelki za plecami barmana. W całym lokalu zapanował chaos.
Zawsze tak było. Starał się trzymać na uboczu, on, progenitura rodu wojowników, jednakże tak na prawdę syn swojej matki, myśliciel, filozof, profeta, nie rycerz na białym koniu. Nigdy nie rozmawiał wielce ze swoim ojcem, nie poświęcali sobie wielu chwil, ale obecność milczącej postaci Godryka Longbottoma u jego boku, sprawiała że czuł spokój i pewność. Teraz nie miał obok siebie nikogo.
Spadł z barowego stołka w dół, chowając głowę przed ciskającymi kufle kibicami oraz odzianymi w czerń i maski na twarzach Śmierciożercami, którzy nie wahali się przed używaniem zaklęć niewybaczalnych. Trzech, zobaczył trzech krwiożerczych czarnoksiężników, gotowych smagnąć go pejczem czarno magicznej mocy, zielonym światłem Avada Kedavry i zakończyć jego życie.
— Ej! Ty! — zawołał do młodzieńca, próbując przekrzyczeć płomienie, które nagle rozchulały się po sali, łapiąc w swoje jęzory dekady rozlanego alkoholu, który wsiąkał w parkiet za każdym rozlaniem oraz wiekową, wysuszoną na wiór boazerię. — Podaj adres!
Nie był odważny, koniec końców trafił do Ravenclawu, nie Gryffindoru, ale ciepło wstąpiło na jego poliki. Nie umrze jako bezbronna ofiara, nie sprzeda tanio swojej skóry i jeśli ktoś będzie próbował go zabić, zabierze go ze sobą. Zagryzł zęby, otworzył medalion i położył otwarty na blacie, aby mieszkanka portretu usłyszała dane i widziała armageddon, który rozpętał się w barze.
Osłonił swoją twarz kapturem szary i wstał, trzymając pewnie różdżkę i rzucając pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu do głowy, Arresto Momentem. W końcu był synem swojej matki i czas musiał być mu posłuszny.
Nagle część pomieszczenia zamarła. Dwóch Śmierciożerców i cześć płomieni spowolniła, jakby zalał ich w kisielu. Galareta rzeczywistości zabierajaca im refleks i przewagę.
Mugole uciekali, krzyki roznosiły się na wszystkie strony, ogłuszają. W tym spanikowanym tańcu okrzyki pomocy zlewały się w roztrzaskane symfonie, a tłum, jak utracona strona powieści, szamotał się, okadzany dymem bezsilności oraz tragedii. Zapach krwi i spalonych włosów wdzierał się w nozdrza, tak samo jak iskry magii. Taka piękna, taka brutalna i bolesna magia, która wstrząsnęła światami.