13.01.2024, 02:32 ✶
Napotkała to spojrzenie i momentalnie poczuła w żołądku silne ukłucie. Zrobiło jej się słabo.
Wychowała się w kowenie, arcykapłanka była najważniejszą w nim personą i dziewczyna wiedziała, że nie powinna wątpić w jej słowo i decyzje. Pops powiedziałby: Sarah, to jest owca. To tylko owca. Ale nie, ona nie potrafiła patrzeć na to w ten sposób - to nie była tylko owca, a jeżeli to była tylko owca, to była to tylko i aż owca. Żywe stworzenie, czymże różniło się od innych, które stworzyła na tym świecie natura? Czymże różniło się od ludzi? Mówili, że wszystkim - Macmillan zaś uparcie unikała takiego myślenia od maleńkości. Jej rodzina od zawsze wierzyła w równowagę sił, w życiu, w magii, w przeznaczeniu - nie powinno być niczym obcym uniesienie w górę rytualnego noża, aby przelać energię czyjejś egzystencji na to święte miejsce, ale cóż niby złego miało być w jej ślubach czystości? W pragnieniu bycia białą, na zawsze białą, o duszy nieskalanej plugastwem, jakiego miała dopuścić się zaraz Isobell? Nie tylko życie niewinnej istoty miało być poniesionym tu kosztem - za taką magię płaciło się własną duszą. I to na oczach wiernych!
- Uważasz to za zabawne? - Zapytała, spoglądając na Maeve.
Nie zaśmiała się, żaden z kącików jej ust nawet nie spróbował unieść się do góry. Widać było, że nie bawi jej to absolutnie - wręcz przeciwnie, mówiąc te słowa Chang nadepnęła jej na odcisk, poruszyła najgorszy temat, jaki mogła przy wpadającej w panikę kapłance. Od razu w oczach wezbrało się jej kilka łez.
Puściła rękę Lorraine. Blondynka w takim towarzystwie stała się nagle tak odległa, jak odległy wydawał się być Sarze sens tego zebrania. Mogła zostać w lesie ze swoim narzeczonym i bawić się z wróżkami, a teraz była tutaj. Po co? Co ją do tego skusiło? Rozumiała, że nic nie mogło zatrzymać ataku na Beltane, ale to? Drobna myśl - zostać z nim tam, w jego objęciach, z daleka od Stonehenge - tyle wystarczyło. Nie było tu tylu osób - wśród zebranych nie dostrzegła nawet Sebastiana, więc wcale nie musiało jej tu być. To była jakaś kara? Straciła opatrzność Matki?
Wiecie, kim była owca? Owcą była Effimery. Oto właśnie stworzenie jej duszy miało stać się ofiarą ku czci bogów, równie dobrze mogli poderżnąć gardło jej ukochanej Effie - czy wtedy Azjatce byłoby do śmiechu? Sarah poczuła w ustach gorzki posmak gniewu, jaki się w niej nagromadził, ale to wszystko działo się tak szybko, że gorzkość szybko podeszła smakiem wypitego z Leviathanem alkoholu. Ruch sierpem - i owca i Sarah zadrżały. Na ołtarz polała się krew, a kapłanka wydała z siebie cichy pisk. Lekkość - spodziewała się, że dla innych wiązać się to będzie z poczuciem swobody, ona zaś upadła na kolana, ale bardziej z bezsilności niż chęci uczestnictwa. Ubolewała nad niemożnością odwrócenia wzroku, za bardzo się też bała, aby stąd wybiec, więc wpatrywała się w tę scenę jak sarna stojąca na jezdni i widząca nadjeżdżające auto.
Błyskawica. Cieszyłaby się z letniej burzy, gdyby jej kuzynki przywołały ją tańcem. Oh, była tak żałosna. Ułożyła dłonie do modliwy, ale nie modliła się wcale o to cholerne Stonehenge, a to, aby jej matka teraz nie widziała. Nie Matka, ona widziała wszystko, tylko ta matka, co ją wydała na ten świat i przerażała bardziej niż jadowity wąż. Podczołgała się na metr w bok, po czym odwróciła i siadła na tyłku. Próbowała dostrzec w tłumie brata, ale obraz kompletnie jej się rozmył, bo płakała jak idiotka. Nie myślała już nawet o żadnej pogardzie, jaka czekała ją w Whitecroft za tę scenę, po prostu chciała sobie stąd iść.
Wychowała się w kowenie, arcykapłanka była najważniejszą w nim personą i dziewczyna wiedziała, że nie powinna wątpić w jej słowo i decyzje. Pops powiedziałby: Sarah, to jest owca. To tylko owca. Ale nie, ona nie potrafiła patrzeć na to w ten sposób - to nie była tylko owca, a jeżeli to była tylko owca, to była to tylko i aż owca. Żywe stworzenie, czymże różniło się od innych, które stworzyła na tym świecie natura? Czymże różniło się od ludzi? Mówili, że wszystkim - Macmillan zaś uparcie unikała takiego myślenia od maleńkości. Jej rodzina od zawsze wierzyła w równowagę sił, w życiu, w magii, w przeznaczeniu - nie powinno być niczym obcym uniesienie w górę rytualnego noża, aby przelać energię czyjejś egzystencji na to święte miejsce, ale cóż niby złego miało być w jej ślubach czystości? W pragnieniu bycia białą, na zawsze białą, o duszy nieskalanej plugastwem, jakiego miała dopuścić się zaraz Isobell? Nie tylko życie niewinnej istoty miało być poniesionym tu kosztem - za taką magię płaciło się własną duszą. I to na oczach wiernych!
- Uważasz to za zabawne? - Zapytała, spoglądając na Maeve.
Nie zaśmiała się, żaden z kącików jej ust nawet nie spróbował unieść się do góry. Widać było, że nie bawi jej to absolutnie - wręcz przeciwnie, mówiąc te słowa Chang nadepnęła jej na odcisk, poruszyła najgorszy temat, jaki mogła przy wpadającej w panikę kapłance. Od razu w oczach wezbrało się jej kilka łez.
Puściła rękę Lorraine. Blondynka w takim towarzystwie stała się nagle tak odległa, jak odległy wydawał się być Sarze sens tego zebrania. Mogła zostać w lesie ze swoim narzeczonym i bawić się z wróżkami, a teraz była tutaj. Po co? Co ją do tego skusiło? Rozumiała, że nic nie mogło zatrzymać ataku na Beltane, ale to? Drobna myśl - zostać z nim tam, w jego objęciach, z daleka od Stonehenge - tyle wystarczyło. Nie było tu tylu osób - wśród zebranych nie dostrzegła nawet Sebastiana, więc wcale nie musiało jej tu być. To była jakaś kara? Straciła opatrzność Matki?
Wiecie, kim była owca? Owcą była Effimery. Oto właśnie stworzenie jej duszy miało stać się ofiarą ku czci bogów, równie dobrze mogli poderżnąć gardło jej ukochanej Effie - czy wtedy Azjatce byłoby do śmiechu? Sarah poczuła w ustach gorzki posmak gniewu, jaki się w niej nagromadził, ale to wszystko działo się tak szybko, że gorzkość szybko podeszła smakiem wypitego z Leviathanem alkoholu. Ruch sierpem - i owca i Sarah zadrżały. Na ołtarz polała się krew, a kapłanka wydała z siebie cichy pisk. Lekkość - spodziewała się, że dla innych wiązać się to będzie z poczuciem swobody, ona zaś upadła na kolana, ale bardziej z bezsilności niż chęci uczestnictwa. Ubolewała nad niemożnością odwrócenia wzroku, za bardzo się też bała, aby stąd wybiec, więc wpatrywała się w tę scenę jak sarna stojąca na jezdni i widząca nadjeżdżające auto.
Błyskawica. Cieszyłaby się z letniej burzy, gdyby jej kuzynki przywołały ją tańcem. Oh, była tak żałosna. Ułożyła dłonie do modliwy, ale nie modliła się wcale o to cholerne Stonehenge, a to, aby jej matka teraz nie widziała. Nie Matka, ona widziała wszystko, tylko ta matka, co ją wydała na ten świat i przerażała bardziej niż jadowity wąż. Podczołgała się na metr w bok, po czym odwróciła i siadła na tyłku. Próbowała dostrzec w tłumie brata, ale obraz kompletnie jej się rozmył, bo płakała jak idiotka. Nie myślała już nawet o żadnej pogardzie, jaka czekała ją w Whitecroft za tę scenę, po prostu chciała sobie stąd iść.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.