Nigdy nie był fanem run. Nie umniejszał tej sztuce, jako sztuce samej w sobie, ale rozdzielał ją nieco... inaczej od rzemiosła. Samo wyrycie ich zdecydowanie należało do rzemieślnictwa, lecz ich właściwości niewiele wspólnego miały z prawdziwym rzemiosłem. Tak oto stał przed nimi blok, niezbyt ociosana bryła, która stanowiła ołtarz, ale jego właściwości nie kryły się w misternym wydrążeniu znaków w skale, w tym jak wpływało to na materiał, a zwyczajnie... na magii. Esmé, chociaż sam był Czarodziejem, nie przepadał za rozwiązaniami, które sprowadzały się ostatecznie do czarów. I tylko czarów. Jego twory wzmacniane były zaklęciami, sam tworzył z magicznych materiałów, ale prawdziwa ich wartość była nadawana przez zręczną obróbkę, a nie... magię. Tak, umniejszał zaklęciom, jakby były drogą na skróty, chociaż przecież sam stanowił drobny ułamek społeczeństwa obdarzonego zdolnościami magicznymi. I doskonale wiedział, że magia nie była prosta, wręcz przeciwnie, to rzemiosło wydawało się znacznie banalniejsze i łatwiejsze w objęciu umysłem. I dowodem na to, chociażby, był jego nikły talent w tej dziedzinie.
Niegdyś Stonehenge spływało krwią? Czy zatem na pewno były to lepsze czasy? Brzmiało to poniekąd tak, jakby teraz zmuszeni byli do korzystania z owieczki jako zastępstwa tego szkarłatu. Tego, który kiedyś mógł pochodzić z innych źródeł. Rowle wiedział, że materiał wpływał na dzieło. Jak bardzo wartościowym materiałem była zwierzęca jucha, a jak bardzo szkarłat wypełniający ciało człowieka? Całe szczęście kapłanki nie zamierzały nikogo poświęcić.
Miał nadzieję.
Niby rozumiał podniosłość, a jednak sama śmierć owcy była... nieco bezceremonialna. Absurdalnie, bo właśnie byli w trakcie ceremonii. Jego wiedza na temat religii była bardzo ograniczona, bardzo, toteż więcej sobie wyobrażał, niż miał pojęcie na ten temat. I wyobrażał sobie, że stworzenie zostanie uniesione, zaprezentowane, że będzie coś więcej, niż po prostu szybkie i efektywne poderżnięcie gardła. Chociaż sierp nie wydawał się nadzwyczaj właściwym narzędziem ku temu. Ale to był rytuał. Rytualne przedmioty rzadko były praktyczne. Tak czy inaczej, Esmé z niewzruszeniem przyglądał się całemu procesowi - może nie miał takiej wrażliwości w sobie, a może to wianek działał cuda. Z jednakową beznamiętnością patrzył na krew spływającą po ołtarzu, nim poczuł... coś. Coś się stało. Coś się obudziło.
To nie tak, że nie wierzył w rytuał, jednak nie spodziewał się, że będzie tak namacalny, tak organoleptyczny. Czuł drżenie ziemi, ujrzał jak ogniska się rozpaliły mocniej i usłyszał jak gdzieś w oddali zadudnił grom. Nie był zaniepokojony i tutaj zdecydowanie pomagała mieszanka roślin, więc z czystym zaciekawieniem rozejrzał się po okolicy, szukając zmian. Niezbyt interesowali go sami zebrani, w końcu byli po prostu ludźmi (oh, jak się mylił w niektórych przypadkach), ale brał udział właśnie w czymś... boskim? I chciał dostrzec więcej tej boskości.
Jednak nie spodziewał się, że zaszumi mu w głowie, że poczuje się wręcz pijany tym, co tutaj się działo. Tego nie uspokajał wianek, a może właśnie potęgował. Esmé już sięgnął po niego ręką, gotów go zdjąć i rzucić w ogień, lecz natychmiast zdał sobie sprawę, iż prawdopodobnie pozbyłby się jedynej osłony przed tym, co odczuwał. I wtedy mógłby naprawdę ucierpieć. Dłoń zatrzymała się tuż przy głowie, by zaraz powoli opaść. Rowle rozejrzał się teraz po zebranych, szukając w nich afirmacji, że nie był osamotniony w uczuciu, które przeżywał.
Ktoś płakał, ktoś wyglądał na spiętego, ktoś na zadowolonego. Każdy coś odczuwał, ale czy to samo? Reakcje wskazywały na błędność tej teorii albo na właściwość tej drugiej - zakładającej, że przecież każdy jest inny i odbiera bodźce zupełnie inaczej. Czy nie Laurentowi mówił, że to co dla jednych byłoby spełnianiem marzeń, dla drugich mogłoby być koszmarem?
Czekał. Czekał na dalsze wydarzenia. Czuł, że coś się zbliża. Że coś się zaraz wydarzy. Czekał i był ciekaw. Mało rzeczy tak naprawdę było dla niego zaskakujących, ale temat wiary i religii, a konkretniej rytuałów pozostawał mu obcy. Dlatego też tak niezwykle intrygującym wydawał się sam rytuał. Teraz nie żałował, że się tu znalazł.