Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy – tak powiedziałaby Ginevra. Owszem, była przyzwyczajona do gorąca, do zupełnie innej wilgotności powietrza, ale też do tego, że słońce zachodzi znacznie wcześniej. W Anglii było wilgotno i mokro, chłodniej, ale to nie tak, że nie była na to gotowa – w końcu przez tok swojego życia przyjeżdżała do Anglii i to nie były wizyty na tydzień, bo jak już się z rodzicami fatygowali, to może na dwa–trzy tygodnie, by się ten wyjazd opłacał. To śnieg był największym zdziwieniem w okresie Yule. Poza tym Guinevere nie była tutaj za karę, a była to jej świadoma decyzja, pchały ją tutaj zainteresowania i jej dziecięca fascynacja legendami arturiańskimi. Dla Laurenta mogło to być dziwne, gdy spoglądał na swoją matkę, która być może była dużo smutniejszym człowiekiem niż panna McGonagall, ale Ginny była w tym miejscu, w którym być chciała i wszystko pochłaniało ją do reszty. Właściwie to mogłoby być opisanie jej życia – gdy się za coś zabierała, to z dedykacją i entuzjazmem, tak, że czas uciekał nie wiadomo nawet kiedy.
– Wykopaliska mojej ekipy są w Walii, jestem pewna, że czytałeś w gazecie – była pewna… bo pracowała z jego siostrą, czego nie wiedziała, nim nie zaprosił jej do Doliny Godryka pod koniec maja. Pandora była więc jej współpracownicą, koleżanką, z którą dogadywała się bardzo, bardzo dobrze. To tworzyło pewną dziwność relacji, ale Egipcjanka starała się tym zbytnio nie przejmować. – Więc krążę pomiędzy Walią, a domem dziadków – czasami udawała się coś załatwić w Londynie, ale więcej raczej po Anglii nie podróżowała, poświęcając się pracy… No dobrze, zdarzały się też inne miejsca, jak Hogsmeade, ale były to krótkie wycieczki niezwiązane z pracą. Nie latała jak oszalała po całym kraju, bo miała nieco inne zobowiązania.
Usiedli, a Ginevra złapała za różdżkę i wskazała bez słowa na kilka rzeczy w kuchni; filiżanki wystrzeliły z kredensu i zatańczyły nad ich głowami nim opadły na stół na spodeczki, łyżeczka odmierzyła kawę (nie byle jaką, a egipską, Ginny była prawdziwą koneserką), wrzątek w czajniku, który nastawiła, nim Laurent się pojawił u progu, zalał kawę – teraz wystarczyło tylko chwilę poczekać aż się zaparzy. Musiało być coś mocno nie tak, bo jedno to list dostać, przeczytać, a może nawet rzucić gdzieś w kąt, ale Laurent jej nawet odpisał – i że to dobrze, że wysłała do niego sowę dzień po tym całym zamieszaniu, a jego wiadomość nie była zbitkiem trzech słów. Nie kontynuowała tego tematu, ale swoje widziała i wyciągała odpowiednie wnioski i kiedy tak opierała głowę na dłoni, podtrzymując rękę na blacie stołu o łokieć, kiedy tak przyglądała się Prewettowi, gdy mówił, kiełkował jej w głowie pewien pomysł.
– Jadłeś już dzisiaj śniadanie? – wyglądał mizernie, nie była więc pewna, czy w ogóle cokolwiek w siebie wcisnął, biorąc pod uwagę poziom stresu jaki musiał w nim właśnie krążyć, biorąc to wszystko do kupy. Uśmiechnęła się do niego – nie była przesadnie wystrojona, jej długie, brązowe włosy opadały na ramiona i plecy, miała na sobie bladoróżową koszulę w kwiaty, o dziwo dobrze pasującą do jej karnacji i urody, i ciemne spodnie zebrane cienkim paskiem. Kiwnęła głową, przyznając, że owszem, miał dać znać jak wróżby wyszły. – Dopowiadasz sobie tam, gdzie ciągle masz wątpliwość, bo moje wróżby pewnie nie były tak precyzyjne jakbym sobie tego życzyła – nie wiedziała, czy wyjaśnienie jest potrzebne… ale biorąc pod uwagę, że Laurent przyszedł i o tym mówił, to w jakiś sposób jest to dla niego ważne. – A przy tym były wystarczająco celne, że wiesz, że mówiłam ci dokładnie o tych sytuacjach – czy było to dla niej cokolwiek dziwnego? Nie. – Mówiłeś, że to był twój pierwszy raz, więc nie dziwi mnie to, tym bardziej, jeśli wcześniej było się sceptycznym. Wróżbiarstwo to bardzo delikatna dziedzina, wymagająca pewnej wrażliwości i empatii ze strony wróżbity, jak również otwartego umysłu, by spojrzeć ponad. To nie jest zawód dla każdego. I rozumiem wypaczone spojrzenie, biorąc pod uwagę co można wyczytać w gazetach – jak odróżnić szarlatana od kogoś z prawdziwego zdarzenia? Cóż, Laurent chyba już by to potrafił. – Bardzo mi w takim razie miło, że o mnie pomyślałeś – choć mogłaby przysiąc, że to musiała być jego podświadomość związana z listami jakie ze sobą wymienili, a których mężczyzna nie pamiętał. – Och, zobaczymy – puściła do niego oko i zerknęła na dzbanek parzącej się kawy. Mogłaby odcedzić fusy, ale skoro Laurent chciał znowu wróżbę… To równie dobrze mogła mu powróżyć z fusów. To zawsze była kupa zabawy. Wskazała różdżką na dzbanek, a ten nalał kawy do filiżanek. O ile dobrze pamiętała, Laurent pijał kawę dokładnie taką jak ona – czarną i gorzką. Chciała go zapytać co u niego słychać, ale może to nie był najlepszy pomysł… Dlatego po dwóch sekundach namysłu powiedziała coś zupełnie innego. – Zbierałeś kiedyś jagody? Albo maliny? Albo cokolwiek takiego?