Niesamowicie zabawne było to, że Morpheus chadzał na przyjęcia, po prostu na nich nie bywał. Krążył w określony sposób, tak aby każdy go zauważył, niczym zmarszczki na diunie podczas nadchodzącej burzy piaskowej, dostrzeżone przez wytrawnych podróżników przez pustynie, jakimi była socjeta czarodziejskiej arystokracji. Pojawiał się, aby nie uczynić gospodarzom afrontu, rozmówił się z kilkoma osobami, lecz znikał, niczym zjawa, niczym duch, gdy nadarzała się okazja, niby biorąc oddech z kieliszkiem szampana w dłoni. To nie tak, że nie lubił przyjęć, wręcz przeciwnie, w dobry dzień potrafił zostać na całym. Jednak gdy dręczyły go mary senne, gdy czas mieszał się sam ze sobą, jak nuty w Walcu nr XIX Chopina, a arabeski dźwięków przyszłości i teraźniejszości mieszały rozmowy, zwyczajnie wolał unikać tłumów. Dlatego też oboje Niewymownych raczej mało widziało siebie wzajemnie gdziekolwiek, nawet jeżeli należeli do podobnych kręgów.
Longbottom należał do Niewymownych od szesnastu lat, znał zmieniające się twarze, nawet jeżeli nie nawiązywał z nimi ścisłej współpracy, nie dlatego, że ktoś był szczególnie ładny czy brzydki, bez względu na osobę. Przyglądał się twarzom i analizował, aby móc rozpoznać w swoich wizjach i wizjach, którymi zajmowało się Ministerstwo, tych, którzy pracowali z nim najbliżej i którzy trwali w największym zagrożeniu. Martwi nie mają przyszłości, ale szaleńcy i owszem.
— Nie — zaprzeczył po raz kolejny Morpheus. — Twarz również zbyt młoda na kogoś, kto aplikował i się nie dostał. Bliżej jej było do pana, niż do mnie, panie Lestrenge.
Wieszcz pracował dość długo w Departamencie Tajemnic, aby uznać jego słowa za prawdziwe, zresztą jego pamięć do detali, graficzna, stała się zaskakująco rozpoznawalną cechą, przez jaką wyróżniali go współpracownicy. Jeśli jego czarne spojrzenie padło na kogoś, należało mieć pewność, że zapamięta jego rysy i ruchy. Zaczęło się to od dzieciństwa, gdy musiał uczyć się, co było wyobraźnią, co wizją, a co rzeczywistością, gdy jego dar, nieuporządkowany, spotykał się z barwną imaginacją.
— Musimy powiadomić Departament Tajemnic oraz Wydział Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Niech oni się tym zajmą i dyskutują z Irlandią. Lub nie. — Twarz Morpheusa skaził grymas, gdy obmywał dłonie z problemu, niczym Piłat. Zapewne gdyby miał możliwości, podjąłby działania, jednakże liczył bardzo zimno, że nie są w stanie zabezpieczyć wszystkiego i obezwładnić czarownicy sami, zwłaszcza jeśli to tkwiło głębiej i mogło nieść dalsze konsekwencje.
— Widzę dwie możliwości, co tu się wydarzyło. Albo ktoś z wcześniejszych Niewymownych miał uczennicę, która nigdy nie zamierzała aplikować do Departamentu i teraz odtwarza to, co wyciągnęła od gadatliwego niewymownego, albo to bardziej zorganizowana jednostka powstająca pod Irlandzką jurysdykcją, korzystając z niezgody pomiędzy rządami mugolskimi, powstała na bazie jakiegoś dawnego Niewymownego z Irlandii Północnej, w którym obudziły się patriotyczne idee. — Gdy tak mówił, przesiąkał przez niego polityk, jakbym mógłby być, osoba, która zna się na tym, jak działa prawo i delikatny balans dyplomacji, że przyszłość i plany rozgrywają się podczas bankietów, pokoje zawiera się, tańcząc walca, a wojny wygrywa pomiędzy krewetkami i kawiorem. Gdyby nie był widzącym, zapewne kandydowałby na Ministra Magii.
Im dłużej żył, tym bardziej bawił go podział na domy w Hogwarcie. On musiałby mieć swój własny. Ambitny okularnik z niezachwianym poczuciem lojalności i iskrą rewolucji.