Zbliżał się wieczór. Słońce powoli chowało się za horyzontem, chociaż widziała, że zachodzi jedynie przez szyby okien. Dzień minął szybko, jeden z wielu spędzonych w klubokawiarni bez wyjścia na zewnątrz nawet na chwilę, no, nie licząc niewielkiego ogrodu, który znajdował się za nią. Pracy było wiele. Zaczęły się wakacje. Ulica Pokątna była pełna rodziców z dzieciakami, którzy bardzo chętnie wstępowali do Nory na coś słodkiego. Nie było czasu, aby odetchnąć.
Było jej trochę łatwiej, kiedy zatrudniła nowe osoby do pomocy. Nie musiała się dwoić i troić, aby ogarnąć każde z możliwych stanowisk. Pozwalało jej się to skupić bardziej na tych rzeczach, które musiała robić sama, mogła też odrobinę więcej czasu spędzić na pomocy Zakonowi Feniksa. Wczoraj udało jej się nawet wyrwać z Nory, by pomóc potrzebującemu ich wsparcia mężczyźnie. Tyle, że dzisiaj przez to musiała więcej pracować. Jeden dzień nieobecności w tym miejscu dokładał jej sporo dodatkowych czynności, jednak na to nie narzekała, cieszyła się, że może pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują, nawet jeśli wiązało się to z pracą dwadzieścia cztery na dobę.
Przygotowała zamówienie na najbliższe kilka dni. Musiała zorganizować trochę składników do ciastek, bo powoli spiżarka zaczynała świecić pustkami, a do tego nie mogła dopuścić. Zamówiła również sporo alkoholu, bo czarodzieje chętnie się nim raczyli po pracy. Szczególnie, gdy wieczory były takie ciepłe spędzali czas na zewnątrz wypijając kilka drinków w tej przyjemnej, kwiecistej oprawie.
Panna Figg siedziała w kuchni, było to miejsce, w którym najczęściej można ją znaleźć. W piecu znajdowała się ostatnia partia ciastek, które miały być gotowe na kolejny dzień. Znajdowała się w kącie, siedziała na niewielkim taborecie z zeszytem w notatnikiem w dłoni, wykreślała z niego kolejne podpunkty, zbliżała się do zakończenia listy zadań, które miały być zrobione na jutro. Na szafce stała szklanka do połowy pełna, w której czekało na nią mojito, uwielbiała jego smak w gorący, letni dzień, świetnie gasił pragnienie i pomagał radzić sobie z gorącem, który panował na kuchni. Nie było łatwo spędzać tu tyle czasu, gdy żar lał się z nieba. Ubrana była jak zawsze - bardzo kolorowo, w sukienkę w fiołkowym kolorze, zdecydowanie zbyt krótką, ale tak lubiła najbardziej. Zdecydowanie nie pasowało to do kuchcika. Buty, oczywiście na wielkim obcasie, to dziwne, że ze swoją koordynacją tak świetnie sobie z nimi radziła. Powinna jeszcze przygotować jedną partię ciasta na pączki, żeby rano móc upiec je bez zbędnych komplikacji, póki co jednak czekała jeszcze na znak od nieba, że to jest ten moment, aby się tym zająć.