15.01.2024, 10:36 ✶
Poza różdżką miał jedynie portfel z dokumentami oraz klucze i list od Bellatrix. Nie nosił przy sobie nigdy żadnej ostrej broni, tym razem również nie przyszedł do Roberta ze złymi zamiarami, chociaż odniósł wrażenie, że ani Mulciber nr 1, ani nr 2 nie do końca w to wierzyli. Lestrange zaczął się zastanawiać skąd ta nadmierna ostrożność, zakrawająca wręcz o paranoję, której u Roberta wcześniej nie widział? Co się wydarzyło w jego życiu, że jego wspólnik tak panicznie wręcz reagował na to spotkanie? Może i był spokojny i opanowany, ale kolejne ruchy, które wykonywali z bliźniakiem świadczyły wyraźnie o tym, że coś się musiało stać, coś co postawiło ich na nogi i zaalarmowało na tyle, by nie ufać kompletnie nikomu. Nie miał mu tego za złe - on sam Robertowi ufał na tyle, na ile. To, że dobrze zrobił, dając Mulciberowi mocno ograniczony kredyt zaufania, świadczyła właśnie ta sytuacja. By westchnął, ale wiedział że musiał tę rozmowę rozegrać ostrożnie - nie tylko pod kątem werbalnym, ale również niewerbalnym. Więc gdy tylko Richard go przeszukał i odszedł, młody Lestrange usiadł ostrożnie z powrotem.
Gdy usłyszał swój pseudonim, rysy twarzy Rodolphusa na kilka sekund się naprężyły. Spodziewał się tego, że miał rację w kwestii swoich domysłów. Nie był głupcem wbrew temu, co niektórzy o nim sądzili. Ze względu na młody wiek był często niedoceniany, pomijany w ważnych rozmowach... Ale również inni nie zachowywali przy nim należytej ostrożności. Traktowali nierzadko jak smarkacza, który miał jeszcze mleko pod nosem. Nie irytowało go to jednak: dzięki temu miał większy margines ewentualnego błędu, na dodatek wchodził w posiadanie strzępków ciekawych informacji tylko dlatego, że ktoś pomyślał, że młody Lestrange jest zbyt młody, by rozumieć pewne kwestie. Przez moment chłodne spojrzenie Rolpha oblepiało Roberta nieprzyjemnie, bez wyrazu i emocji. Jakby zastanawiał się, którą maskę teraz przywdziać, jak zareagować na zdradzenie jego pseudonimu w obecności obcej osoby. Bo mimo tego, że Robert zapewniał, że jego kopia wie to, co on sam, to wciąż był to ryzykowny ruch.
Mulciber miał chyba więcej szczęścia niż rozumu, nawiązując tę współpracę. Bo Lestrange uśmiechnął się lekko, ledwo zauważalnie. Upewnił się w przekonaniu, że dobrze zrobił, przychodząc tutaj tak szybko. I wiedział już, o co chodziło Bellatrix. Był jednak cholernie niezadowolony z faktu, że sprawa z Beltane tak się rozniosła po ich kręgu. Mogli mieć przez to ogromne kłopoty - a przecież byli ze sobą związani, najpewniej do śmierci.
- Bellatrix Black, moja narzeczona - skoro Robert wiedział o nim, to wiedział też o Bellatrix. Wyłącznie dwie osoby oprócz Czarnego Pana znały tożsamość śmierciożerców. Którą był Mulciber? Jeszcze się wahał przed włożeniem go do konkretnej szufladki, ale podejrzewał że to właśnie on zniknął przed Beltane. Ale mógł się mylić, więc nie wyciągał pochopnych wniosków. Nie miał żadnych podstaw by zakładać, że to właśnie on przysporzył Voldemortowi tyle problemów. - Nie musisz mi grozić, Robercie. Gdybym chciał cię wydać, zrobiłbym to już dawno.
Dodał jeszcze, leniwie przenosząc wzrok na Richarda, który zabrał jego różdżkę i list.
- Jak mówiłem, włamano mi się do wspomnień i udostępniono je Bellatrix. Wtedy po raz pierwszy mi powiedziała, że pracuję z kimś o wątpliwej reputacji. Wycofała się z rozmowy, ale najwidoczniej musiała pójść do Mistrza, żeby się upewnić, że nie rozsiewa plotek. Napisałem do ciebie zanim odczytałem jej list. Twoja kopia wyciągnęła mi go z kieszeni marynarki - powiedział, znowu przenosząc wzrok na Roberta. Gdy do niego mówił, starał się na niego patrzeć. Nie tylko było to oznaką szacunku, ale również pewnym zabezpieczeniem, bo chociaż nie mógł objąć ich obu wzrokiem, to przynajmniej jednego z nich chciał mieć na oku, by móc zareagować w razie ataku. Pozostawały mu tylko uniki i słowa, bo różdżkę oddał, ale to był odruch. Widać było po jego twarzy, że nie jest zadowolony - grymas pojawił się jednak tylko w chwili, gdy wspominał o tym, że Black poszła do Voldemorta za jego plecami. Potem wróciła do swojego normalnego stanu. - Nie lubię opierać współpracy na domysłach, Robercie, ale jeżeli ta sprawa ma związek z Beltane to wierzę, że jesteś oddany naszej sprawie i nie opuściłbyś nas bez wyraźnego, ważnego powodu. Gdybym przeczytał list wcześniej, wysłałbym stosowne wyjaśnienia i zapewne ta rozmowa wyglądałaby inaczej.
Dopowiedział jeszcze, lekko wzruszając ramionami. Rodolphus uważał Roberta za człowieka inteligentnego i ostrożnego (w tej chwili nawet przesadnie ostrożnego), nie wierzył też że ten mógłby wystąpić przeciwko Czarnemu Panu. Jeżeli zniknął z Londynu, musiał mieć powód - na tyle ważny, że Mistrz pozostawił go przy życiu. Bo mógł zabić za niesubordynację, ale tego nie zrobił. Więc i Lestrange uznał, że jego zniknięcie było dedykowane czymś ważnym, a kara była... Po prostu za niesubordynację. Za zdradę była śmierć.
Gdy usłyszał swój pseudonim, rysy twarzy Rodolphusa na kilka sekund się naprężyły. Spodziewał się tego, że miał rację w kwestii swoich domysłów. Nie był głupcem wbrew temu, co niektórzy o nim sądzili. Ze względu na młody wiek był często niedoceniany, pomijany w ważnych rozmowach... Ale również inni nie zachowywali przy nim należytej ostrożności. Traktowali nierzadko jak smarkacza, który miał jeszcze mleko pod nosem. Nie irytowało go to jednak: dzięki temu miał większy margines ewentualnego błędu, na dodatek wchodził w posiadanie strzępków ciekawych informacji tylko dlatego, że ktoś pomyślał, że młody Lestrange jest zbyt młody, by rozumieć pewne kwestie. Przez moment chłodne spojrzenie Rolpha oblepiało Roberta nieprzyjemnie, bez wyrazu i emocji. Jakby zastanawiał się, którą maskę teraz przywdziać, jak zareagować na zdradzenie jego pseudonimu w obecności obcej osoby. Bo mimo tego, że Robert zapewniał, że jego kopia wie to, co on sam, to wciąż był to ryzykowny ruch.
Mulciber miał chyba więcej szczęścia niż rozumu, nawiązując tę współpracę. Bo Lestrange uśmiechnął się lekko, ledwo zauważalnie. Upewnił się w przekonaniu, że dobrze zrobił, przychodząc tutaj tak szybko. I wiedział już, o co chodziło Bellatrix. Był jednak cholernie niezadowolony z faktu, że sprawa z Beltane tak się rozniosła po ich kręgu. Mogli mieć przez to ogromne kłopoty - a przecież byli ze sobą związani, najpewniej do śmierci.
- Bellatrix Black, moja narzeczona - skoro Robert wiedział o nim, to wiedział też o Bellatrix. Wyłącznie dwie osoby oprócz Czarnego Pana znały tożsamość śmierciożerców. Którą był Mulciber? Jeszcze się wahał przed włożeniem go do konkretnej szufladki, ale podejrzewał że to właśnie on zniknął przed Beltane. Ale mógł się mylić, więc nie wyciągał pochopnych wniosków. Nie miał żadnych podstaw by zakładać, że to właśnie on przysporzył Voldemortowi tyle problemów. - Nie musisz mi grozić, Robercie. Gdybym chciał cię wydać, zrobiłbym to już dawno.
Dodał jeszcze, leniwie przenosząc wzrok na Richarda, który zabrał jego różdżkę i list.
- Jak mówiłem, włamano mi się do wspomnień i udostępniono je Bellatrix. Wtedy po raz pierwszy mi powiedziała, że pracuję z kimś o wątpliwej reputacji. Wycofała się z rozmowy, ale najwidoczniej musiała pójść do Mistrza, żeby się upewnić, że nie rozsiewa plotek. Napisałem do ciebie zanim odczytałem jej list. Twoja kopia wyciągnęła mi go z kieszeni marynarki - powiedział, znowu przenosząc wzrok na Roberta. Gdy do niego mówił, starał się na niego patrzeć. Nie tylko było to oznaką szacunku, ale również pewnym zabezpieczeniem, bo chociaż nie mógł objąć ich obu wzrokiem, to przynajmniej jednego z nich chciał mieć na oku, by móc zareagować w razie ataku. Pozostawały mu tylko uniki i słowa, bo różdżkę oddał, ale to był odruch. Widać było po jego twarzy, że nie jest zadowolony - grymas pojawił się jednak tylko w chwili, gdy wspominał o tym, że Black poszła do Voldemorta za jego plecami. Potem wróciła do swojego normalnego stanu. - Nie lubię opierać współpracy na domysłach, Robercie, ale jeżeli ta sprawa ma związek z Beltane to wierzę, że jesteś oddany naszej sprawie i nie opuściłbyś nas bez wyraźnego, ważnego powodu. Gdybym przeczytał list wcześniej, wysłałbym stosowne wyjaśnienia i zapewne ta rozmowa wyglądałaby inaczej.
Dopowiedział jeszcze, lekko wzruszając ramionami. Rodolphus uważał Roberta za człowieka inteligentnego i ostrożnego (w tej chwili nawet przesadnie ostrożnego), nie wierzył też że ten mógłby wystąpić przeciwko Czarnemu Panu. Jeżeli zniknął z Londynu, musiał mieć powód - na tyle ważny, że Mistrz pozostawił go przy życiu. Bo mógł zabić za niesubordynację, ale tego nie zrobił. Więc i Lestrange uznał, że jego zniknięcie było dedykowane czymś ważnym, a kara była... Po prostu za niesubordynację. Za zdradę była śmierć.