15.01.2024, 23:29 ✶
Nie mogłem oddychać. Nie mogłem patrzeć. Nie mogłem myśleć. Zamknięty w ciasnej i mrocznej kuli strachu, która mnie więziła w sobie i jednocześnie wypełniała wewnątrz. Już kiedyś tak miałem, dawno temu jako dziecko... Kilka razy, ale nieczęsto przy Ojcu. Może raz czy dwa. I jeszcze nie tak dawno temu myślałem sobie, że mam to już za sobą, że to nie wróci, że wyrosłem z tych na pozór prozaicznych strachów, ale srogo się myliłem.
Policzek; cios, który wymierzył mi Ojciec podziałał. Stałem w szoku, osłupiały, próbując zebrać swoje myśli, ogarnąć sytuację, poskładać całą historię w jedną całość, ale nie miało to sensu, ładu i składu. Na dodatek wciąż mi huczało w uszach i wcale nie czułem się lepiej. Było mi mdło i słabo.
Ująłem dłonią drugą rękę, niepewnie, próbując wziąć głęboki wdech... Próbowałem, bo właśnie zawiało tym paskudnym odorem od świń. Aż przeszedł mnie dreszcz i czym prędzej zamknąłem oczy by nie patrzeć w ich kierunku. Niestety, wiedziałem, że one tam są. One tam były. One wciąż były. Tam.
Podobnie jak Ojciec. O nim też powinienem pamiętać, bo stał zdecydowanie bliżej mnie i nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz znajdował się na skraju cierpliwości. Znowu zawiodłem, więc nie byłem w stanie się dumnie wyprostować. Znowu byłem tym małym, żałosnym dzieciakiem, nad którym górował, mimo że jakoś szczególnie nie różniliśmy się wzrostem. Już nie.
Otworzyłem oczy, ale nie odważyłem się na niego spojrzeć. Patrzyłem w dół na jego dłonie. Nie wiem czemu, ale wyobrażałem sobie jak zaciskają się na mojej szyi... albo celują do mnie z różdżki. Może właśnie tak było jeszcze chwilę temu...?
- P-przepraszam, Tato... - wyszeptałem do niego, próbując zebrać myśli, ale napotykałem opór, więc chyba nie miałem zbyt dużego wyboru. Nie mogłem udawać, że nic nie miało tu miejsca, a też potrzebowałem logicznego wyjaśnienia, żeby jakoś... móc iść dalej? - ...co się stało? Jest mi zimno... w środku - zapytałem, jak i również zauważyłem. Podejrzewałem, że to zasługa Ojca, że rzucił na mnie jakieś zaklęcie za moją niesubordynację, bo to jednak nie świnie, to nie mogły być świnie, a jednak... właśnie tak myślałem jeszcze chwilę temu. I próbowałem usilnie ponownie tak nie myśleć, ale ten zapach był wszędzie. Przez cały dzień się go nie pozbędę - fizycznie, bo we wspomnieniach nie opuści mnie przez najbliższy miesiąc.
- Czy... ja mogę stąd iść, Ojcze? Czuję się... niedysponowany do dalszych poszukiwań sklepu - odparłem, próbując brzmieć spokojnie i górnolotnie, ale brzmiało to bardziej jak żałosne pobrzękiwanie. Byłem śmieszny, ponownie. W kwietniu ten przeklęty kaktus, teraz to... Nie chciałem nawet pytać, jakie ośmieszenia przyniesie mi dalsza część roku. Chciałem wrócić do domu i zniknąć w półmroku własnej sypialni. Niestety, miałem też obowiązki.
Policzek; cios, który wymierzył mi Ojciec podziałał. Stałem w szoku, osłupiały, próbując zebrać swoje myśli, ogarnąć sytuację, poskładać całą historię w jedną całość, ale nie miało to sensu, ładu i składu. Na dodatek wciąż mi huczało w uszach i wcale nie czułem się lepiej. Było mi mdło i słabo.
Ująłem dłonią drugą rękę, niepewnie, próbując wziąć głęboki wdech... Próbowałem, bo właśnie zawiało tym paskudnym odorem od świń. Aż przeszedł mnie dreszcz i czym prędzej zamknąłem oczy by nie patrzeć w ich kierunku. Niestety, wiedziałem, że one tam są. One tam były. One wciąż były. Tam.
Podobnie jak Ojciec. O nim też powinienem pamiętać, bo stał zdecydowanie bliżej mnie i nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz znajdował się na skraju cierpliwości. Znowu zawiodłem, więc nie byłem w stanie się dumnie wyprostować. Znowu byłem tym małym, żałosnym dzieciakiem, nad którym górował, mimo że jakoś szczególnie nie różniliśmy się wzrostem. Już nie.
Otworzyłem oczy, ale nie odważyłem się na niego spojrzeć. Patrzyłem w dół na jego dłonie. Nie wiem czemu, ale wyobrażałem sobie jak zaciskają się na mojej szyi... albo celują do mnie z różdżki. Może właśnie tak było jeszcze chwilę temu...?
- P-przepraszam, Tato... - wyszeptałem do niego, próbując zebrać myśli, ale napotykałem opór, więc chyba nie miałem zbyt dużego wyboru. Nie mogłem udawać, że nic nie miało tu miejsca, a też potrzebowałem logicznego wyjaśnienia, żeby jakoś... móc iść dalej? - ...co się stało? Jest mi zimno... w środku - zapytałem, jak i również zauważyłem. Podejrzewałem, że to zasługa Ojca, że rzucił na mnie jakieś zaklęcie za moją niesubordynację, bo to jednak nie świnie, to nie mogły być świnie, a jednak... właśnie tak myślałem jeszcze chwilę temu. I próbowałem usilnie ponownie tak nie myśleć, ale ten zapach był wszędzie. Przez cały dzień się go nie pozbędę - fizycznie, bo we wspomnieniach nie opuści mnie przez najbliższy miesiąc.
- Czy... ja mogę stąd iść, Ojcze? Czuję się... niedysponowany do dalszych poszukiwań sklepu - odparłem, próbując brzmieć spokojnie i górnolotnie, ale brzmiało to bardziej jak żałosne pobrzękiwanie. Byłem śmieszny, ponownie. W kwietniu ten przeklęty kaktus, teraz to... Nie chciałem nawet pytać, jakie ośmieszenia przyniesie mi dalsza część roku. Chciałem wrócić do domu i zniknąć w półmroku własnej sypialni. Niestety, miałem też obowiązki.