16.01.2024, 12:27 ✶
Rodolphus wytrzymał spojrzenie Roberta. Oddech miał spokojny, a wzrok niewyrażający niczego szczególnego. Na próżno było znaleźć w jego spojrzeniu strach czy zniecierpliwienie. Nie odwracał się, nie dawał także po sobie poznać, że tak intensywne wpatrywanie się w niego może być niekomfortowe. Bo być może nie było? Może do tego przywykł?
- Niewiele - przyznał w końcu, po chwili milczenia. - Wiem, że zakończenie nie było takie, jak można było zakładać po takim przedsięwzięciu. Bellatrix twierdzi, że Mistrz nie ma o tobie dobrego zdania, na dodatek wiesz, kim jestem - kim najpewniej są wszyscy z nas. Zniknąłeś wtedy z Londynu, wróciłeś i nadal żyjesz. Mogę się więc tylko domyślać twojej wysokiej pozycji wśród nas.
Nadal nie miał pewności, jak blisko Robert był z Voldemortem, ale Rodolphus potrafił dodać dwa do dwóch. Beltane nie było takim sukcesem, jak oczekiwali. Po nim Robert - wedle słów Black - popadł w niełaskę u Czarnego Pana. A może to było jeszcze przed? Bellatrix nie sprecyzowała, ale Rodolphus nie był głupi. Robert był jednym z najbliższych współpracowników Voldemorta, a skoro ten nie miał o nim dobrego zdania, to musiał bezpośrednio pracować nad Beltane, skoro to zakończyło się tak, jak się zakończyło. Zauważył także jego chwilowy brak w Londynie ze względu na ścisłą współpracę na stopie prywatnej. Wszystko wskazywało więc na to, że Robert zniknął przed Beltane i wrócił, znał ich pseudonimy i… żył mimo zniknięcia. Nie był więc zwykłym śmierciożercą, nie mógł być. Bo przecież Lestrange nie wiedział o tym, że Robert został ukarany. Ani Bella, ani Mistrz mu tego nie przekazali. Przyzwyczaił się, że jest psem odpowiadającym na wezwania, a gdy nie jest proszony: nie docieka, nie wnika.
- Nie chcę ci zaszkodzić, Robercie. Nasza sprawa jest zdecydowanie ważniejsza, niż domysły, łączenie kropek czy Beltane. Od wyników naszych badań zależy zbyt wiele, być może całe postrzeganie magicznej społeczności. Nie oczekuję też, byś mi się spowiadał - dodał, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Westchnął. - Jeżeli potrzebujesz namacalnego dowodu, jeśli chcesz przejrzeć moje wspomnienia: zgadzam się. Jestem w stanie poświęcić część siebie dla wyższego celu, jakim jest to, co razem tworzymy.
Pytanie tylko czy jeżeli Mistrz nie uzna, że Roberta należy uciszyć, to Rodolphus się zawaha. Czy drgnie mu powieka, gdy będzie stawał naprzeciwko niego z wyciągniętą różdżką? Czy taki scenariusz był w ogóle możliwy? Przyszedł tutaj prawie natychmiast, gdy się dowiedział od Black o całej sprawie. Przekazał list, wyraził swoją chęć do dalszej współpracy. Powiedział, że jest gotowy do namacalnej obietnicy, czy miał na myśli przysięgę wieczystą? Zaoferował mu dostęp do swojego umysłu. Zrobił to, bo nie miał nic do ukrycia. Jak nigdy jego intencje były szczere i Robert mógł to z łatwością sprawdzić. Rodolphus był wierny idei, sprawie, Voldemortowi. Póki Robert nie popadnie w oficjalną niełaskę, póki on sam nie dostanie wyraźnego rozkazu, może przymykać oczy na to, że Mistrz nie ma o nim dobrego zdania. Bo to w zasadzie absolutnie niczego nie determinowało w ich relacji.
- Niewiele - przyznał w końcu, po chwili milczenia. - Wiem, że zakończenie nie było takie, jak można było zakładać po takim przedsięwzięciu. Bellatrix twierdzi, że Mistrz nie ma o tobie dobrego zdania, na dodatek wiesz, kim jestem - kim najpewniej są wszyscy z nas. Zniknąłeś wtedy z Londynu, wróciłeś i nadal żyjesz. Mogę się więc tylko domyślać twojej wysokiej pozycji wśród nas.
Nadal nie miał pewności, jak blisko Robert był z Voldemortem, ale Rodolphus potrafił dodać dwa do dwóch. Beltane nie było takim sukcesem, jak oczekiwali. Po nim Robert - wedle słów Black - popadł w niełaskę u Czarnego Pana. A może to było jeszcze przed? Bellatrix nie sprecyzowała, ale Rodolphus nie był głupi. Robert był jednym z najbliższych współpracowników Voldemorta, a skoro ten nie miał o nim dobrego zdania, to musiał bezpośrednio pracować nad Beltane, skoro to zakończyło się tak, jak się zakończyło. Zauważył także jego chwilowy brak w Londynie ze względu na ścisłą współpracę na stopie prywatnej. Wszystko wskazywało więc na to, że Robert zniknął przed Beltane i wrócił, znał ich pseudonimy i… żył mimo zniknięcia. Nie był więc zwykłym śmierciożercą, nie mógł być. Bo przecież Lestrange nie wiedział o tym, że Robert został ukarany. Ani Bella, ani Mistrz mu tego nie przekazali. Przyzwyczaił się, że jest psem odpowiadającym na wezwania, a gdy nie jest proszony: nie docieka, nie wnika.
- Nie chcę ci zaszkodzić, Robercie. Nasza sprawa jest zdecydowanie ważniejsza, niż domysły, łączenie kropek czy Beltane. Od wyników naszych badań zależy zbyt wiele, być może całe postrzeganie magicznej społeczności. Nie oczekuję też, byś mi się spowiadał - dodał, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Westchnął. - Jeżeli potrzebujesz namacalnego dowodu, jeśli chcesz przejrzeć moje wspomnienia: zgadzam się. Jestem w stanie poświęcić część siebie dla wyższego celu, jakim jest to, co razem tworzymy.
Pytanie tylko czy jeżeli Mistrz nie uzna, że Roberta należy uciszyć, to Rodolphus się zawaha. Czy drgnie mu powieka, gdy będzie stawał naprzeciwko niego z wyciągniętą różdżką? Czy taki scenariusz był w ogóle możliwy? Przyszedł tutaj prawie natychmiast, gdy się dowiedział od Black o całej sprawie. Przekazał list, wyraził swoją chęć do dalszej współpracy. Powiedział, że jest gotowy do namacalnej obietnicy, czy miał na myśli przysięgę wieczystą? Zaoferował mu dostęp do swojego umysłu. Zrobił to, bo nie miał nic do ukrycia. Jak nigdy jego intencje były szczere i Robert mógł to z łatwością sprawdzić. Rodolphus był wierny idei, sprawie, Voldemortowi. Póki Robert nie popadnie w oficjalną niełaskę, póki on sam nie dostanie wyraźnego rozkazu, może przymykać oczy na to, że Mistrz nie ma o nim dobrego zdania. Bo to w zasadzie absolutnie niczego nie determinowało w ich relacji.