Morpheus zbierał te drobne momenty, gdy maska młodzieńca pękała. Zbierał ćmy, jakie opadały na posadzkę jaźni, ujmował w dłoniach percepcji ich ledwie martwe ciała, rozmiękczał zasuszone skrzydła tak, jak nauczył go jego pierwszy mentor wróżbiarstwa, niczym kolekcjoner motyli. Układał je na poduszce skupienia, zamaczał cieniutki pędzel świadomości w roztworze z wody i octanu etylu sytuacji, w jakiej się znajdowali, a następnie rozwijał martwą tkankę pinezkami, aby zaschła, eksponując świadomej percepcji kolory i kształty, jakie podczas zwinięcia post mortem nie miały szansy błyszczeć. Na koniec podpisywał je swoim pięknym kaligraficznym pismem, dobierając atrament do osoby. Dla gatunków przynależących do Rodolphusa Lestrage dobrałby mentolowy błękitny, wyraźny, ale chłodny, jak jego oczy.
Czas. Morpheus na to słowo zamknął oczy, przekrzywił w rozmarzeniu głowę i uśmiechnął się do siebie. Młody Lestrange nie miał pojęcia o czasie. Rzeczywiście jednak nie znajdowali się teraz w miejscu, w którym mógłby zajmować się lektoratem na ten temat, pomijając fakt, że raczej należało to do tych tematów, gdzie im więcej słów padało, tym mniej miało to sensu. Prawdopodobnie dlatego czasami dyskusje z kolegami z Komnaty Czasu polegały w dużej mierze na kiwaniu głowami. Widzący i ci, którzy badali linearność i nielinearność postępujących momentów mieli ze sobą pewnego rodzaju porozumienie. Niewielu wiedziało, że Morpheus należał do obu, tańcząc z przeszłością i przyszłością roziskrzone passo doble.
Również skierował się do okna, różdżką zamiatając za nimi. Założył swoje buty, te doskonale wypastowane oksfordki, szyte na miarę, ze skórzanymi podeszwami, zamiast popularnych obecnie gumowych, wsuwając je na jedwabne skarpety ze złotym monogramem ML na brzegu każdej z nich. Dokładnie je zawiązał, przeszedł na drugą stronę, tę, po której powinni być i zamknął delikatnie okno, aby przywrócić je do poprzedniego stanu. Kiedy zaś oddalili się od okna, zaczarował trawę, aby ta wyprostowała się w miejscach, gdzie ją ugnietli swoimi krokami. Morpheus chodził jak arystokrata, mówił jak arystokrata, zachowywał się tak, ale były również pewnego rodzaju dziwactwa, które podkreślały jego przynależność do rodu Longbottom, jak chociażby niezwykła dokładność podczas wymykania się przez okno, chodzenia i zakradania się. To zdecydowanie nie był pierwszy raz, gdy wieszcz musiał dostać się i wyjść skądś, gdzie był nieproszony.
— Dziękuję za bardzo owocną współpracę, panie Lestrange, niechaj gwiazdy nad panem czuwają — powiedział do młodego czarodzieja, zanim deportowali się tam, gdzie każde z nich miało swoje inne obowiązki. Longbottom miał wprawę w raportach, poza tym lubił je wypełniać, więc sprawa, wraz z załączonymi wspomnieniami przestrzeni, zajęła mu bardzo mało czasu. Uzyskał też pozwolenie na zgłoszenie sprawy do Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Kompleks Bohatera ujawniał się w biurokracji Morpheusa, który dzięki znajomościom w swoim poprzednim departamencie, czarującemu uśmiechowi i pudełku czekoladek, bardzo szybko przepchnął sprawę dalej i oczekiwał już na karton zaadresowany do niego w Komnacie Artefaktów, na zakończenie sprawy.