- Nie jest wcale taki mały – uśmiechnęła się pod nosem. - Los po prostu lubi się bawić ludzkim kosztem i stykać ze sobą tych samych ludzi, albo ludzi z podobnego otoczenia – nie dziwiła się, ani nie pytała "dlaczego", bo brała na barki to, co przygotował dla niej świat. Z tym swoim poczuciem misji na krańcach palców i pocałunkiem przeznaczenia na rzęsach, z akceptacją takiego a nie innego porządku świata, nie mogło być z jej strony inaczej. Nie, gdy dano jej możliwość, by móc zajrzeć w możliwą przyszłość ludzi. Mogłaby więcej, gdyby nie wybrała innej drogi. Mogłaby być taka wyrocznią, jak jej własna matka, a tymczasem ledwie dotykała boskości Horusa – naznaczona przez niego wszystkowidzącym okiem. Nie kontrolowała tego na zawołanie, ale w gruncie rzeczy się z tego cieszyła, bo wcale nie chciała wiedzieć co robią albo co zrobią jej znajomi. Jakie głupie decyzję podejmą. Miała wrażenie, że byłaby wtedy bardzo sfrustrowanym człowiekiem.
Przyglądała się spod rzęs, jak Laurent próbuje coś zarysować w powietrzu, lecz szybko się poddał.
- Nie wspomniałeś. Ale Pandora mi mówiła. Zapraszała mnie nawet do Turcji do waszych dziadków – dobrze, to była chyba najwyższa pora mu powiedzieć, jeśli jeszcze tego nie załapał, że nie tylko pracowała na tych samych wykopaliskach co jego siostra, ale że pracowała z nią, że ją znała, że nawiązały całkiem niezłą i szybką nić porozumienia – co nie było takie trudne biorąc pod uwagę charakter obu panien. Więc to nie tak, że ledwie obracały się w podobnych kręgach raz czy dwa. Regularnie jadały razem śniadania i piły razem kawę. Pandora raczyła Ginewrę tureckim alkoholem, a w zamian mogła spróbować egipskiej sziszy. No i Ginny obiecała Pandorze, że pokaże jej niebo nad egipską pustynią – powinno jej się podobać, zważywszy na zamiłowanie do astronomii. - Tyle, że kiedy mnie zapraszała, to nie wiedziałam, że jesteście rodzeństwem. Trochę później się połapałam – uśmiechnęła się do Laurenta. Czy to coś zmieniało? Nic a nic. Był to zwyczajnie zabawny zbieg okoliczności. - Nie martw się, wszystko, co mi mówisz i czego mi nie mówisz, zostaje ze mną – leciuteńko popukała się po skroni. Miała wrażenie, że w obliczu tych słów, to ważne o tym przypomnieć: obowiązywała ją tajemnica lekarska i wróżbiarska, i każda inna jaką można sobie wymyślić również. Kiedy zna się jakieś rodzeństwo i jedno z nich powierza jakieś zaufanie i tajemnice… i drugie też to robi, to mogłoby być bardzo niezręcznie, ale McGonagall dawno temu nauczyła się dyskrecji i tego by milczeć jak grób. - Tak, trochę tak. Moi dziadkowie są sprawni, ale zaczynają mieć swoje lata i jakoś… skoro już tutaj jestem, tak blisko, to chciałabym ich widzieć częściej. I pomóc jak mogę. Musiałam się w ekspresowym tempie podszkolić, żeby być w stanie pomóc przy niektórych podopiecznych jacy tu mieszkają, wiesz? – paplała, jak to ona. Była osobą, która nie tyle, że nie lubiła ciszy, albo że czułaby się niezręcznie, gdyby taka pomiędzy nimi zapadła, ale w jej życiu działy się rzeczy, a ona cieszyła się z tych najmniejszych więc chciała się tym podzielić, zwłaszcza z kimś, kto sam kochał zwierzęta. Poza tym skoro już doszła do tego, że Laurent szukał towarzystwa i być może rozproszenia, to zajmie go swoją osobą. I swoim gadaniem.
- Wiesz, że kawa na pusty brzuch nie jest zbyt zdrowa, hm? Na pewno wiesz. I może powodować wzmożony niepokój, drżenie rąk – więc czy podawanie jej jemu będącemu w takim stanie to był dobry pomysł…? Może go jednak przestrzeliła, ten pomysł. - Zrobić ci coś? Masz ochotę? – uśmiechnęła się do niego ciepło, mając nadzieję, że nie poczuje się przy tym niezręcznie – a zresztą jeśli miałaby zrobić kanapkę jemu, to z tego powodu zrobiłaby taką też sobie. Była gotowa wstać i zacząć się krzątać po kuchni. A może wolałby jajecznicę? Chociaż znając Ginewrę, to po prostu zrobiłaby mu coś bliższego jej sercu, a więc szakszukę. - Bo ja to nawet coś bym zjadła… – rzuciła do niego i wstała, by nie być gołosłowną. Słuchała go, nie patrząc już teraz na niego, skoro kręciła się po kuchni i przy palniku.
- Laurencie, nie urodziłam się wczoraj, wiem co ludzie mówią na wróżbiarstwo i nie raz to usłyszałam prosto w twarz – ale nie przejmowała się sceptycyzmem ludzi. Bo niewiele mogła na niego poradzić. Już dawno wyrosła z obrażania się, że złoszczenia na to, że ludzie są ślepi i ograniczeni – to był ich i tylko ich wybór. - Powiem ci coś, co być może zmieni twój pogląd na tę sprawę, albo nie zmieni absolutnie nic, ale może da ci jakąś wskazówkę – odwróciła się teraz od patelni i blatu. To, że w kuchni przyjemnie pachniało teraz wypiekanym właśnie chlebem, świeżymi pomidorami, przyprawami i jajkiem, to jak zwykły i sielski był to obrazek, miało zupełnie nie pasować do słów, jakie Nefret miała właśnie powiedzieć. Ale może to właśnie było w tym wszystkim magiczne? - To, czy w to nie wierzysz, nie ma zupełnie żadnego znaczenia. A wiesz dlaczego? – uśmiechnęła się do niego ciepło, leciutko mrużąc jasnobrązowe oczy. - Bo to byłby pierwszy przypadek, w którym niewiara ma jakąkolwiek moc – a nie miała żadnej. To wiara czyni cuda, nie brak wiary. To, że nie wierzył, nie sprawiało, by jej wróżby były jakkolwiek mniej prawdziwe, mniej znaczące czy mniej celne. Wiara natomiast pozwalała się pogodzić z pewnymi rzeczami, które mogą nadejść. Być pokornym co do tego, co zgotował nam los. I to wiara pozwalała coś zmienić, przygotować się, przyjąć uderzenie tak, by było mniej bolesne.
Nie sugerowała, że Laurent jej nie wierzy. Po prostu dopuszczała do siebie taką możliwość i nie było w tym nic złego. Wystarczało jej, że ona wiedziała, że mówi prawdę, że naprawdę widzi znaki.
- To nic złego mieć wątpliwości albo być sceptycznym. Ale te rzeczy będą w osobie, która to odczuwa, nie wpłyną na prawdziwość wróżby – odwróciła się zamieszać odrobinę w patelni. - Bycie naznaczonym przez Pana Nieba wcale nie oznacza empatii, niestety – dodała, bo Laurent miał całkowitą rację. - Ktoś, kto ci to powiedział, był bardzo mądry. Bo empatia i wrażliwość wcale nie oznaczają słabości. To lek na zło tego świata – zachichotała, bo sama tak właśnie uważała i zachowywała się jakby tak dokładnie było. - Moim zdaniem z empatii i wrażliwości rodzi się miłość – nie mówiła teraz o tej romantycznej, raczej tak ogólnie. - Ooo duży las? Jak duży? A pytam booo… pomyślałam sobie, że cię zagonię do sadu. Mam do zerwania czereśnie – sto procent powagi.