Morpheus szybko przemieścił się na bok, w jakim stopniu pozwalały mu pokrwawione ręce. Zauważył tlącą się wełnę i zgasił ją nadepnięciem na brzeg swojej szaty. Zauważył w niej kilka rozdarć, mimochodem, jak zwykle za dużo dostrzegając dla swojego bezpieczeństwa. Odetchnął, omiatając młodszego mężczyznę zapachem papierosów i tych kilku łyków piwa, jakie zdążyły przejść przez jego gardło. Nawet klub pojedynkowy nie przygotował go na to, co stało się jego udziałem w barze.
— Powinni...
— BUM! Nie ruszać się! — wykrzyknął jakiś nieznany głos i znów dźwięki pojedynków. Teraz jednak nie pędziły w nikogo talerze i inna prowizoryczna broń, a prawidłowe zaklęcia i sufit nad głowami dwójki rozświetlił się światłami zaklęć. Okrzyki, grzmoty, syk stykającego się ognia i wody, zawodzenie policyjnych syren, które jakby się oddalało, tworzyło fałszującą symfonię destrukcji i zniszczenia. Balladę o przetrwaniu i kontroli. Mógłby zniknąć, teleportować się, ale głupia bohaterskość w jego krwi nie pozwalała mu zostawić drugiego czarodzieja samego w tak beznadziejnej sytuacji. Walczył dzielnie. I był uroczy.
— ... już być. — niemal się zaśmiał, nadal jednak szeptał. Usiadł na posadzce, jakby za jego placami nie działa się bitwa, na życie i śmierć. Wyciągnął w stronę barmana zakrwawioną dłoń, zreflektował się, wyjął z niej szkło i przetarł ją o przód swojej szaty, krzywiąc się z bólu i ponownie podał do uścisku. — Morpheus.
Wrzawa zaczynała cichnąć. Dało się słyszeć rozmowę: Widział ktoś Longbottoma? Którego? Tego dziwnego. Mamy już wszystkich, trzeba rzucić zaklęcia. Udało mu się rzucić Mroczny Znak? Nie do końca, już go zdjemujemy...
— Jesteśmy za barem — wychrypiał Morpheus głośniej. Dwójka BUM-owców, z uniesionymi w pogotowiu różdżkami pojawiła się przed nimi ze zmarszczonymi brwiami, gotowi do sprawdzenia ich tożsamości i najwyraźniej bitki. Nie był zaskoczony.