Nogą odsunął sobie stołek, zahaczając stopę o poprzeczkę między nóżkami i płynnym ruchem usiadł na miejscu. Wyciągnął z kieszeni papierową paczkę papierosów i wyciągnął jednego, również się nie dzieląc. Każdemu według jego potrzeb, jedni potrzebowali ujrzeć dno butelki, inni zasmolić swoje płuca, aż ciężko brało się oddech. Palenie nie dawało czystości umysłu, ale uspokajało gesty, rytuał powoli odprawiany nad własnym spokojem. Nie pamiętał już, kiedy zaczął palić, ale było to gdzieś na początku pracy w Ministerstwie Magii, aby socjalizować się z pracownikami Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Było tuż przed połową stulecia albo tuż po, gdy zmęczone żmudną pracą w legislacji ciało zainhalowało się tytoniem.
— Bardzo niefortunne. Jednan strona nienawidzi nas za empatyzowanie z tymi, którzy cierpią i postawienie się w roli obrońcy. Z drugiej strony objawia się nienawiść i niechęć do obrońców, „łaskawych panów”, dających schronienie, którzy są tak na prawdę symbolem ucisku przez samo swoje istnienie. I są też tacy, którzy zaraz będą szczerzyli się z tego nieszczęścia, bo paniczyki mają kłopot z własną tożsamością.
Strzepnął popiół do jakiejś brudnej szklanki, nie mogąc znaleźć w bałaganie popielniczki, o ile kiedykolwiek istniała w tym miejscu. Przestrzeń była paskudna i obrzydliwa, ale nie na tyle, aby przeszkodzić Morpheusowi w przyglądaniu się wieszczowi, w skupianiu swojej całkowitej uwagi na drugim jasnowidzu. Zachodzące powoli słońce i szum fal łaskotały jaźń. Longbottom nie pasował do przestrzeni nawet w bardzo adekwatnym kroju ubrania. Kaszmir swetra zbyt odcinał się swoją miękkością, obuwie niemal wyglądało na nowe, a pomimo wiatru, ani jeden włosek z jego zaczesana nie zmienił miejsca położenia. Zbyt wypolerowany i czysty.
— Jaskinie w których mieszka bezimienna groza — posmakował w ustach słowa, w jaki sposób się układają, wypuszczając z płuc dym. — Przepowiednia pojawiła się gdy jeszcze szukałeś czy gdy już przestałeś?
Mógłby to być pojedynek na spojrzenia, niemrugające i przeciągające się, skupione na drugim rozmówcy. Przykryte zaćmą najpewniej oczy nie mówiły zbyt wiele, ścierając się z czarnymi węglikami młodszego czarodzieja, jednakże w oczach Morpheusa nie było wyzwania, raczej naturalne zawieszenie i ustanowienie swojej obecności.
— Wiem, że to trudne, wiem że to boli, kiedy bogowie wycinają nam języki i wkładają do gardła swoje. Myśli pan, że ten młody może pamiętać więcej? To musiało być przerażające — szczera empatia pobrzmiewała w jego głosie.