– Och, Cathalku, przecież nie zaproponowałabym ci niczego niebezpiecznego dla zdrowia i życia. Jestem lekarzem – parsknęła na jego słowa. Nie dość, że niedowiarek i sceptyk, to jeszcze trzęsiportek, który nie jest pewien, co też taka lisica jak ona znowuż wymyśliła. A głowę miała peeełną pomysłów. A była pewna, że był ciekaw co tam się kryło na górze, jednak nim się nawet dowiedział co też chodziło jej po głowie, to już wszelką myśl odrzucił, jakby była jakąś diablicą wodzącą na pokuszenie biednego mężczyznę.
No może nawet trochę była.
Ale nie zamierzała się prosić, ani go namawiać.
– Cóż, twoja strata, jeszcze będziesz żałować – dorzuciła z pewnością siebie i wtedy właśnie zaczęła przemieniać się znowu w pięknego sokoła. Cathal trafił do Slytherinu, a jej ojciec zawsze jej mówił, że Tiara pewnie przydzieliłaby ją samą ddo Gryffindoru. Był tego pewien jak niczego innego, a Ginny wierzyła, że miał podstawy, by tak sądzić. Do Hogwartu jednak nigdy nie uczęszczała.
Leciała dumnie i spokojnie, wzbijając się wyżej i wyżej. Uwielbiała czuć wiatr pod skrzydłami, głaszczący lotki piór – to było jak dotyk kochanka, można się było zakochać. I ona się zakochała, w locie, w poczuciu wolności, tego, że ma się u stóp cały świat. Wylądowała spokojnie, przycupnąwszy na kawałku ściany – mała i lekka, obserwowała nieduże pomieszczenie, śmiesznie, po ptasiemu przekrzywiając głowę na boki. Przyglądała się żabie – wyglądałaby jak żywa, gdyby nie to, że była taka wielka. I w takim dziwnym kolorze – zupełnie nie żabim.
Przyszło jej do głowy, że czarodzieje w Anglii mają jakiegoś pierdolca na punkcie żab. Najpierw czekoladowe żaby, które zachowywały się jakby były żywe, a były tylko łakociem, a teraz to.
A potem zwróciła uwagę na to, że do tego pomieszczenia nie było żadnego wejścia, żadnych schodów, żadnego niczego. Samo to było już dziwne… Zeskoczyła z murku na posadzkę, upewniając się, że jest stabilna, gotowa wzlecieć w każdej chwili, a gdy wyczuła, że wszystko jest w porządku, to przemieniła się z powrotem w swoją ludzką postać. Wyjrzała na moment na zewnątrz, szukając Cathala wzrokiem i zauważyła jego postać pod wieżą – zdaje się, że chciał ją asekurować z dołu. Może by ją złapał, gdyby spadła…?
– Tu nie ma żadnego wejścia – powiedziała, przykładając różdżkę do swojego gardła, chcąc magicznie wzmocnić swój głos, tak by Cathal ją usłyszał, a ona nie musiała się wydzierać. I kiedy to powiedziała, podeszła bliżej do rzeźby, chcąc jej się przyjrzeć.
I to był błąd. Bo ta bez ostrzeżenia rozdziawiła żabią gębę, wywaliła długi żabi jęzor iiii. *HAPS*
W następnej chwili została wypluta na podłogę, a Ginny poczuła mdłości. Zatoczyła się, złapała za żołądek, następnie skuliła i jęknęła. Różdżkę cały czas miała w ręce. Było ciemno. Ciasno… Odruchowo zaczęła przemieniać swoje oczy w kocie, ale i tak gdy już powstrzymała nudności, zapaliła kraniec różdżki, rozglądając się dookoła.
– Cathal? – zapytała bez sensu, bo była tutaj przecież całkiem sama. Po chwili wpadła na to, żeby jednak przyłożyć różdżkę do szyi i zrobić to samo co przed momentem, czyli wzmocnić swój głos. – Cal? – spróbowała raz jeszcze.
I znowu ta żaba. Żaba, która patrzyła na nią… niemalże oceniająco. Guinevere jej się odwdzięczyła: łypała na nią osądzająco.