Czarodziejowi pozostało tylko przytaknąć na słowa starca, tchnące prawdą. Oto prawda o domu Longbottomów. Wielu poddawało wątpliwość prawdziwości proroków, którzy oszukiwali swoje zmysły alkoholem i używkami, który brali narkotyki, aby zacząć wieszczyć. Inaczej było zupełnie z Morpheusem. Lata jego pracy badawczej bardzo jasno podkreśliły mu, że prawdziwe przepowiednie mówią młode dziewczęta w damskich toaletach, pomiędzy kolejnymi kreskami i starcy w potrzebie jałmużny, w obdartym ubraniu. Prawdziwe przepowiednie niszczą i są największą ekstazą, niczym szał bitewny, pomieszaniem szaleństwa z agresywnym pięknem. Prawdziwe przepowiednie drżą przed odsłonięciem, niczym skrzydła motyla i zatruwają umysły wieszczów.
— Wyjaśnienie zazwyczaj objawia się, gdy jest za późno — westchnął, ponownie wypełniając płuca trującym dymem, szczypiącym gardło w znajomy sposób, nie każąc mu konfrontować się z myślami o własnej przyszłości i o przeszłości, która gorzkim rozmarynem naznaczała się bliznami stworzonymi przez samo istnienie. Myślał za dużo o śmierci i nie mógł przestać. Śmierć wyzierała z każdego narożnika, głaskała go do snu swoją kościstą dłonią i otulała chłodem kiru płaszczy. Symbol zmiany, ta, która zabiera tak samo króli i biedaków, grzeszników i świętych.
— Gdybym poprosił o wspomnienie, odmówiłbyś? — zapytał Morpheus, decydując się na postawienie sprawy prosto. Nie było tu miejsca na rozmowę o samozbawieniu czy wyznawaniu swoich grzechów, chociaż papierosy i alkohol rozmywały świat za oknami, dodając do brudu i szarości kolejną warstwę niezrozumienia. Czas płynął, ale dla niego nie istniał w taki sam sposób, w jaki dla innych. Jednak nadal, gdy spoglądał w tył, na swoje życie, widział, ile już go upłynęło, ile bezpowrotnie utracił i już nigdy nie odzyska. Ile umarło, aby postawić go w tym miejscu, w tej konkretnej linii wydarzeń.
Założył nogę na nogę, siadając wygodniej, jakby zamierzał spędzić więcej czasu w domu jasnowidza. Dopalił do końca papierosa i wyciągnął kolejnego. Ogień mugolskiej zapalniczki rozświetlił jego twarz miękko, ale zaraz ją zgasił, nie przykładając końcówki do płomienia. Nadal trzymał go między palcami i oglądał, jakby zobaczył go po raz pierwszy. Widział teraz, jak później go spala.