19.01.2024, 20:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2024, 11:52 przez Lorraine Malfoy.)
Perspektywa opóźnienia wykładu zirytowała Lorraine - bardziej, niż dziewczyna pozwoliła po sobie pokazać - sama mając naturę perfekcjonistki, nie znosiła bowiem cudzej niekompetencji. I choć Malfoy bez słowa przysłuchiwała się, jak jeden z profesorów kaja się przed Laurencem, wyraźnie zakłopotany niespodziewanymi problemami technicznymi - ba, nawet pokiwała współczująco główką, a na jej twarzy wykwitł subtelny uśmiech wyrażający absolutne zrozumienie wobec tego straszliwego pecha, panie Lestrange, jak to wyraził się zaambarasowany całą sytuacją pracownik Akademii - wewnętrznie miała ochotę ostro obsztorcować tego, pożal się Matko, pracownika naukowego, nie potrafiącego korzystać z podstawowych dobrodziejstw techniki...
...Obsługa których, jej osobiście, zupełnie nie nastręczała problemów, kiedy podejmowała w swoim prywatnym biurze klientów z bardziej wymagającymi problemami, gdzie przedstawienie niezbędnych informacji w formie wielkoformatowej prezentacji wydawało się najbardziej optymalnym rozwiązaniem, pozwalającym sprawnie wyjaśnić co, kto, gdzie, kiedy, jak, z kim, i w jakiej konfiguracji. Tylko że Lorraine nie miała tytułu profesora, nie nauczała na co dzień rzesz żądnych wiedzy studentów, i, przede wszystkim, nie pobierała pensji od Akademii Munga (she doesn't even go there): była tylko bezwzględnym szpiegiem, skromną złodziejką informacji, entuzjastyczną szantażystką, domorosłą infobrokerką... Czy gdyby określiła się mianem researchera, zatrudniliby ją w szpitalu na etacie? Zaczęła się nad tym poważnie zastanawiać, pozorując zainteresowanie dyskusją towarzyszących jej mężczyzn. Niestety, nawet nowoodkryte marzenia zarobkowe nie były w stanie uspokoić wewnętrznego wzburzenia Lorraine, bo ta od pomstowania na spóźnialskich profesorów - przez których niepotrzebnie zadyszała się, biegnąc do budynku Akademii Munga, tylko po to, by potem czekać nie wiadomo ile na rozpoczęcie sesji - płynnie przeszła do smutnej realizacji, że przez opóźnienie będzie musiała wyjść z wykładu wcześniej, bo w końcu miała już konkretne plany na dzisiejszy wieczór, i tak to właśnie na nowo zapłonęła irytacją. Nie zamierzała się jednak spóźnić na tantryczny seks-rytuał ukochanego Otto, bo zamierzała dziś zasnąć w jego ramionach, a jeszcze bardziej nie chciała zawieść najdroższej Rosie, której przecież zawczasu obiecała, że zrobi jej specjalnie na dziś makijaż w stylu królowej wampirów.
Kiedy jednak Laurence odwrócił się w stronę Lorraine, ta była na powrót uosobieniem gorliwej słuchaczki - wiwat podzielność uwagi! - i, obdarzywszy go uprzejmym półuśmiechem, podążyła za nim w stronę stoiska z kawą.
Normalnie Lorraine piła tylko czarną, mocną (lub najtańszą), ale dzisiaj, skoro wszystko było na koszt Akademii, zrobiła sobie Rosie special, tak w sam raz na poprawę humoru: wsypała tyle cukru, że zaczęła obawiać się o stan swoich zębów, i wlała mnóstwo śmietanki, tak, że gdyby któryś ze zdziadziałych profesorków przez przypadek wychyliłby tę miksturę, na miejscu wykitowałby na cukrzycę. Zalewając kawę wykonała w stronę Laurence'a taki ruch, jakby pytała: "też chcesz?", i jeżeli wyraził taką chęć, zalała kawę i jemu (minus wspaniałe dodatki).
- Wspaniale to słyszeć, i dobrze, że opiekuje się nią ktoś zaufany - zgodziła się z Lestrangem. Z lekkim rozbawieniem wysłuchała propozycji dziecięcych imion. Tradycja rodzinna? "L" jak Lestrange? Odkrywcze... - Lukrecja mi się podoba. Jak ta włoska czarownica z rodu Borgiów. Podobno sypiała z własnym bratem.
Lorraine jak gdyby nigdy nic zamieszała łyżeczką w swojej filiżance z kawą.
- Może rzeczywiście umówię się z Lorettą. Swoją drogą, jak się ma Louvain? Widziałam niedawno zdjęcie w gazecie, jest jeszcze przystojniejszy niż w szkole, i chyba odnosi sukcesy w tym swoim Quidditchu. - W tajnikach tej gry orientowała się dzięki Atreusowi, który grał w szkolnej drużynie... W gruncie rzeczy, ten sport interesował ją tylko wtedy, gdy był jej chłopakiem, bo doniesienia w gazetach o zwycięstwach jakichś tam Grubych - czy tam Gburowatych - Goblinach z Grzegorzewa ni ją ziębiły, ni grzały, ale już na widok uśmiechniętego Bulstrode'a z rozwianą wiatrem czupryną robiło się jej gorąco. Nie sposób jednak było nie widzieć informacji o karierze Louvaina, a że ten był bliźniakiem jej pięknej przyjaciółki ze szkolnej ławy, no cóż, wypadało wiedzieć, co i jak. - Tylko nie mów mu, że pytałam - puściła Laurence'owi oczko, bynajmniej nie zawstydzona swoimi pytaniami. - Ty odziedziczyłeś całą skromność Lestrange'ów, a jemu jeszcze się w główce poprzewraca od tej wody sodowej.
Nagle dostrzegła w oddali wcześniej wspomnianą wystawę z przykładowymi próbkami eliksirów, pokazała ją Laurence'owi jednym skinięciem brody. Może tam powinni udać się, gdy skończą kawę?
- Teraz tak sobie pomyślałam... Jak w ogóle czujesz się ze świadomością, że zostaniesz ojcem? - zapytała nagle, sama zaskoczona własnym pytaniem. Od razu się jednak zreflektowała. - Ile lat dzieli ciebie i bliźniaki, jeżeli wybaczysz mi wścibstwo? Musiałeś się nimi trochę opiekować w dzieciństwie, prawda? Jak myślisz, pomogło ci się to lepiej przygotować do - poruszyła znacząco brwiami, i przywołała na twarz uśmiech - przyszłych obowiązków? Sama pracowałam z dziećmi, kiedy byłam młodsza: uczyłam ich teorii muzyki i gry na pianinie... Ciekawi mnie twoja perspektywa.
...Obsługa których, jej osobiście, zupełnie nie nastręczała problemów, kiedy podejmowała w swoim prywatnym biurze klientów z bardziej wymagającymi problemami, gdzie przedstawienie niezbędnych informacji w formie wielkoformatowej prezentacji wydawało się najbardziej optymalnym rozwiązaniem, pozwalającym sprawnie wyjaśnić co, kto, gdzie, kiedy, jak, z kim, i w jakiej konfiguracji. Tylko że Lorraine nie miała tytułu profesora, nie nauczała na co dzień rzesz żądnych wiedzy studentów, i, przede wszystkim, nie pobierała pensji od Akademii Munga (she doesn't even go there): była tylko bezwzględnym szpiegiem, skromną złodziejką informacji, entuzjastyczną szantażystką, domorosłą infobrokerką... Czy gdyby określiła się mianem researchera, zatrudniliby ją w szpitalu na etacie? Zaczęła się nad tym poważnie zastanawiać, pozorując zainteresowanie dyskusją towarzyszących jej mężczyzn. Niestety, nawet nowoodkryte marzenia zarobkowe nie były w stanie uspokoić wewnętrznego wzburzenia Lorraine, bo ta od pomstowania na spóźnialskich profesorów - przez których niepotrzebnie zadyszała się, biegnąc do budynku Akademii Munga, tylko po to, by potem czekać nie wiadomo ile na rozpoczęcie sesji - płynnie przeszła do smutnej realizacji, że przez opóźnienie będzie musiała wyjść z wykładu wcześniej, bo w końcu miała już konkretne plany na dzisiejszy wieczór, i tak to właśnie na nowo zapłonęła irytacją. Nie zamierzała się jednak spóźnić na tantryczny seks-rytuał ukochanego Otto, bo zamierzała dziś zasnąć w jego ramionach, a jeszcze bardziej nie chciała zawieść najdroższej Rosie, której przecież zawczasu obiecała, że zrobi jej specjalnie na dziś makijaż w stylu królowej wampirów.
Kiedy jednak Laurence odwrócił się w stronę Lorraine, ta była na powrót uosobieniem gorliwej słuchaczki - wiwat podzielność uwagi! - i, obdarzywszy go uprzejmym półuśmiechem, podążyła za nim w stronę stoiska z kawą.
Normalnie Lorraine piła tylko czarną, mocną (lub najtańszą), ale dzisiaj, skoro wszystko było na koszt Akademii, zrobiła sobie Rosie special, tak w sam raz na poprawę humoru: wsypała tyle cukru, że zaczęła obawiać się o stan swoich zębów, i wlała mnóstwo śmietanki, tak, że gdyby któryś ze zdziadziałych profesorków przez przypadek wychyliłby tę miksturę, na miejscu wykitowałby na cukrzycę. Zalewając kawę wykonała w stronę Laurence'a taki ruch, jakby pytała: "też chcesz?", i jeżeli wyraził taką chęć, zalała kawę i jemu (minus wspaniałe dodatki).
- Wspaniale to słyszeć, i dobrze, że opiekuje się nią ktoś zaufany - zgodziła się z Lestrangem. Z lekkim rozbawieniem wysłuchała propozycji dziecięcych imion. Tradycja rodzinna? "L" jak Lestrange? Odkrywcze... - Lukrecja mi się podoba. Jak ta włoska czarownica z rodu Borgiów. Podobno sypiała z własnym bratem.
Lorraine jak gdyby nigdy nic zamieszała łyżeczką w swojej filiżance z kawą.
- Może rzeczywiście umówię się z Lorettą. Swoją drogą, jak się ma Louvain? Widziałam niedawno zdjęcie w gazecie, jest jeszcze przystojniejszy niż w szkole, i chyba odnosi sukcesy w tym swoim Quidditchu. - W tajnikach tej gry orientowała się dzięki Atreusowi, który grał w szkolnej drużynie... W gruncie rzeczy, ten sport interesował ją tylko wtedy, gdy był jej chłopakiem, bo doniesienia w gazetach o zwycięstwach jakichś tam Grubych - czy tam Gburowatych - Goblinach z Grzegorzewa ni ją ziębiły, ni grzały, ale już na widok uśmiechniętego Bulstrode'a z rozwianą wiatrem czupryną robiło się jej gorąco. Nie sposób jednak było nie widzieć informacji o karierze Louvaina, a że ten był bliźniakiem jej pięknej przyjaciółki ze szkolnej ławy, no cóż, wypadało wiedzieć, co i jak. - Tylko nie mów mu, że pytałam - puściła Laurence'owi oczko, bynajmniej nie zawstydzona swoimi pytaniami. - Ty odziedziczyłeś całą skromność Lestrange'ów, a jemu jeszcze się w główce poprzewraca od tej wody sodowej.
Nagle dostrzegła w oddali wcześniej wspomnianą wystawę z przykładowymi próbkami eliksirów, pokazała ją Laurence'owi jednym skinięciem brody. Może tam powinni udać się, gdy skończą kawę?
- Teraz tak sobie pomyślałam... Jak w ogóle czujesz się ze świadomością, że zostaniesz ojcem? - zapytała nagle, sama zaskoczona własnym pytaniem. Od razu się jednak zreflektowała. - Ile lat dzieli ciebie i bliźniaki, jeżeli wybaczysz mi wścibstwo? Musiałeś się nimi trochę opiekować w dzieciństwie, prawda? Jak myślisz, pomogło ci się to lepiej przygotować do - poruszyła znacząco brwiami, i przywołała na twarz uśmiech - przyszłych obowiązków? Sama pracowałam z dziećmi, kiedy byłam młodsza: uczyłam ich teorii muzyki i gry na pianinie... Ciekawi mnie twoja perspektywa.