20.01.2024, 00:17 ✶
No kurwa nie wierzyłem. Czyżby ta mała żmija odpuściła sobie zapasy z braciszkiem? Łohohoho. Święto! I chwała, bo nie miałem ochoty robić jej krzywdy, a potem lecieć z nią do Munga by ją poskładali. Pełen chilloucik, może wizyta u Persephonki...? Musiałem czym prędzej znaleźć nam jakieś znośne lokum, bo nie mogłem tak w nieskończoność przebywać z dala od niej.
A właśnie, jeśli chodziło o relacje z Persephonką, to...
- Czy ty przypadkiem nie powinnaś trzymać mojej strony, S I O S T R O!? - zapytałem, bo tak na to patrząc, na ten układ sił, to mi się nie podobało, że tu jakiś się zawiązał pakt jajników przeciwko mojej osobie, gdzie pewnie jeszcze Rosie lekką ręką namówiłaby Felicity, w sensie rodzicielką naszą, do poparcia każdego jej pomysłu, więc przy tym również Persephony. Może jednak nie powinienem być za bardzo miękki przy tych babach, bo mi na głowę wchodziły. Aż zanadto, a zapewne miało być jeszcze gorzej.
- To ty mnie nie denerwuj. Kto komu darł mordę nad uchem z samego rana, kiedy to jeszcze spał?! - zapytałem, bo też nie wiedziałem, co to było za rozkazywanie tutaj. Byłem oburzony, pełen rozkmin o tym wchodzeniu mi na głowę, ale mimo wszystko usiadłem, ale tylko dlatego że chciałem, a nie potemu, że mi kazała. Tak. Poza tym chyba w kościach czułem, że zaraz dostanę jedzonko, więc zapomniałem od razu o całym złu tego świata, kiedy zobaczyłem kanapeczki na stole. TO JA ROZUMIAŁEM JAK DIABLI.
Oczy mi zalśniły, a na ustach pojawił się przeogromny uśmiech. To się nazywało NIEBO, kiedy jedzenie samo się robiło, przywołane myślami i człowiek nie musiał przysychać już głodem. Czym prędzej zgasiłem fajka o popielniczkę i zabrałem się za kanapkę. Wziąłem ją w dłonie niczym bóstwo największe i powąchałem czule.
- Jedzonko - stwierdziłem oniemiały i wgryzłem się w kanapkę, mrucząc coś pod nosem o tych przepięknych chmurkach czy tam owieczkach, co to je liczyłem we śnie. To było zdecydowanie jak te owieczko-chmurki. I mleko, i kawa. Aż przeszedł mnie dreszczyk, kiedy do mojego nosa dotarł zapach tej bezczelnie mocnej, czarnej kawy. Zapewne bym się na nią rzucił jak głupi, ale ja nie byłem głupi. Wiedziałem, że była gorąca.
- Nie zamierzam pucować ci okien, ale mieszkanie we względnym ładzie zachowam. Nie możesz na mnie narzekać, bo wcale najgorszym na świecie bałaganiarzem nie jestem... Pamiętaj, że wyrosłem na durmstrandzkiej dyscyplinie - odparłem, nieco zarozumiale, nieco sarkastycznie, ale chcąc ją uspokoić. Ale pewnie nieco, bo faktycznie bałagan mógł być, ale to bardziej w sytuacji, gdybym znowu ślęczał nad książkami do swojej książki, a tego na razie nie zamierzałem sobie robić w najbliższym czasie. Jak już, to najwyżej napiszę poradnik jak obchodzić się ze starszym bratem, ale to oprę na własnych, bolesnych doświadczeniach.
- Gdzie ty w ogóle jedziesz?! Mama ci pozwoliła? - zapytałem, bo w sumie to powinienem raczej w pierwszej kolejności o to zapytać, ale nie zapytałem. Teraz pytałem z mordą w połowie wypełnioną kanapką. Zaraz też pokręciłem głową w totalnym niezrozumieniu. - I nie za dużo tego cukru...? Co ty robisz najlepszego!? Kawa jest najlepsza gorzka, inaczej traci sens bycia.
A właśnie, jeśli chodziło o relacje z Persephonką, to...
- Czy ty przypadkiem nie powinnaś trzymać mojej strony, S I O S T R O!? - zapytałem, bo tak na to patrząc, na ten układ sił, to mi się nie podobało, że tu jakiś się zawiązał pakt jajników przeciwko mojej osobie, gdzie pewnie jeszcze Rosie lekką ręką namówiłaby Felicity, w sensie rodzicielką naszą, do poparcia każdego jej pomysłu, więc przy tym również Persephony. Może jednak nie powinienem być za bardzo miękki przy tych babach, bo mi na głowę wchodziły. Aż zanadto, a zapewne miało być jeszcze gorzej.
- To ty mnie nie denerwuj. Kto komu darł mordę nad uchem z samego rana, kiedy to jeszcze spał?! - zapytałem, bo też nie wiedziałem, co to było za rozkazywanie tutaj. Byłem oburzony, pełen rozkmin o tym wchodzeniu mi na głowę, ale mimo wszystko usiadłem, ale tylko dlatego że chciałem, a nie potemu, że mi kazała. Tak. Poza tym chyba w kościach czułem, że zaraz dostanę jedzonko, więc zapomniałem od razu o całym złu tego świata, kiedy zobaczyłem kanapeczki na stole. TO JA ROZUMIAŁEM JAK DIABLI.
Oczy mi zalśniły, a na ustach pojawił się przeogromny uśmiech. To się nazywało NIEBO, kiedy jedzenie samo się robiło, przywołane myślami i człowiek nie musiał przysychać już głodem. Czym prędzej zgasiłem fajka o popielniczkę i zabrałem się za kanapkę. Wziąłem ją w dłonie niczym bóstwo największe i powąchałem czule.
- Jedzonko - stwierdziłem oniemiały i wgryzłem się w kanapkę, mrucząc coś pod nosem o tych przepięknych chmurkach czy tam owieczkach, co to je liczyłem we śnie. To było zdecydowanie jak te owieczko-chmurki. I mleko, i kawa. Aż przeszedł mnie dreszczyk, kiedy do mojego nosa dotarł zapach tej bezczelnie mocnej, czarnej kawy. Zapewne bym się na nią rzucił jak głupi, ale ja nie byłem głupi. Wiedziałem, że była gorąca.
- Nie zamierzam pucować ci okien, ale mieszkanie we względnym ładzie zachowam. Nie możesz na mnie narzekać, bo wcale najgorszym na świecie bałaganiarzem nie jestem... Pamiętaj, że wyrosłem na durmstrandzkiej dyscyplinie - odparłem, nieco zarozumiale, nieco sarkastycznie, ale chcąc ją uspokoić. Ale pewnie nieco, bo faktycznie bałagan mógł być, ale to bardziej w sytuacji, gdybym znowu ślęczał nad książkami do swojej książki, a tego na razie nie zamierzałem sobie robić w najbliższym czasie. Jak już, to najwyżej napiszę poradnik jak obchodzić się ze starszym bratem, ale to oprę na własnych, bolesnych doświadczeniach.
- Gdzie ty w ogóle jedziesz?! Mama ci pozwoliła? - zapytałem, bo w sumie to powinienem raczej w pierwszej kolejności o to zapytać, ale nie zapytałem. Teraz pytałem z mordą w połowie wypełnioną kanapką. Zaraz też pokręciłem głową w totalnym niezrozumieniu. - I nie za dużo tego cukru...? Co ty robisz najlepszego!? Kawa jest najlepsza gorzka, inaczej traci sens bycia.